środa, 14 maja 2014

Znaki drogowe


Znaki drogowe to klasyczny temat przerabiany w przedszkolach i szkołach. Temat nie głupi. bo ma nauczyć dziecko w miarę bezpiecznego poruszania się po okolicy, niestety jednak, zazwyczaj ogranicza się do obejrzenia znaków drogowych w książce, omówieniu co oznaczają i wykonania pracy plastycznej typu "pokoloruj". Ambitniejsi nauczyciele zwykle wybierają się na wycieczkę dookoła przedszkola/szkoły w poszukiwaniu znaków. Sama brałam w takiej udział  będąc studentką na praktykach.

My poszliśmy odrobinę dalej.

Od kiedy pamiętam pałętają się nam po domu stare podręczniki mojego męża do kursu na prawo jazdy. Podręczniki są nieaktualne (bardzo nieaktualne!) bo z 2000 roku ale niezmordowanie przeżyły wszystkie pięć przeprowadzek uporczywie się nie-gubiąc. Zawsze patrząc na nie zastanawiałam się "Po co my to jeszcze trzymamy?", aż tu nieoczekiwanie wymyśliłam "po co?". Po to żeby zrobić z moją córką zajęcia o znakach drogowych.

W ruch poszły nożyczki i po jednym wieczorze miałam już pokaźną stertkę znaków. A po kolejnych godzinach pracy na dużym plakacie powstał plan (nazwijmy to hucznie) miasta. Mój mąż patrząc na niego ucieszył się, że nie pracuję jako projektant przestrzeni publicznej ale co tam!

Najpierw Różka przeprowadziła wstępną selekcję: na te znaki, które zna i te których nie zna, a następnie rozpoczęło się mozolne wzbogacanie ulic o odpowiednie znaki. Muszę przyznać, że to fajna zabawa była. Trzeba było obejrzeć dokładnie wszystkie ulice, domy, skrzyżowania, zastanowić się gdzie, który znak jest potrzebny/uzasadniony i na bieżąco uzupełniać wiadomości. Polecam wszystkim!








A taki jest efekt końcowy. Ładnie, prawda?
A następnie zaczęła się zabawa. Samochodziki poszły w ruch... :-)


Na tym jednak nie poprzestaliśmy. Bo po "teorii" przyszedł czas na "praktykę". Jako zapaleni rowerzyści często urządzamy sobie rodzinne przejażdżki. Róża po zajęciach zaczęła zauważać znaki drogowe w przestrzeni miejskiej i pierwsza wycieczka pełna była okrzyków "O, ja znam ten znak!" "O, a taki mam na moim planie miasta!" "Agatka! No tak, bo tu jest przecież szkoła". Serce rośnie :-)

Co więcej niedaleko nas jest taki sympatyczny plac z uliczkami, skrzyżowaniami, linią tramwajową, rondem, chodnikami, pasami... i całą masą znaków drogowych. A na tym placyku my :-)



poniedziałek, 2 grudnia 2013

Kalendarz adwentowy

Co roku z Różką robimy Kalendarz Adwentowy. Z różnych powodów. Między innymi ze względu na wciąż szalejącą u nas w domu alergię na mleko (a wszystkie "sklepowe" mają czekoladki wewnątrz), a poza tym - lubimy rzeczy własnoręcznie zrobione.

Nasz tegoroczny model kalendarza to tektura obklejona papierem prezentowym i podzielona na 32 pola. Nasz kalendarz wbrew tradycji obejmuje czas aż do Nowego Roku. Każda kratka to jeden dzień - i cukierek (bezmleczny!) zapakowany w kolorową kopertkę. A w te najważniejsze dni, na które czekamy - lizak. Proste i genialne :-)

Co więcej zupełnie przypadkiem okazało się, że Róża swobodnie przelicza do 31 i dodaje w tym zakresie.




niedziela, 10 listopada 2013

Jajko mądrzejsze od kury

Taka sobie scenka:

Róża postanowiła pisać słowa na komputerze. Na dobry początek własne imię. Róża - imię krótkie, ale od razu wyzwanie Ó i Ż. Pokazałam jej więc, że te litery wymagają naciśnięcia klawisza Alt. Róża popatrzyła, podumała, dalej pisze sama.
Znalazła R, dzielnie trzymając ALT odnalazła O. Dalej, wzrokiem szuka Z. Chwilę to trwało, a ja - matka nadopiekuńcza pochylam się, żeby jej pomóc, wskazać. Róża jednak w połowie mojego gestu złapała mnie za rękę i mówi:
- Nie Mamo. Nie pomagaj mi. Jak sama znajdę, to już będę wiedziała.

I tak oto jajko okazało się zdecydowanie mądrzejsze od kury.

sobota, 9 listopada 2013

Boje w PPP czyli jak publicznie nie umrzeć ze śmiechu.

PROLOG

Od września 2013 roku Różę objął obowiązek rocznego przygotowania przedszkolnego (czyli w myśl nowej ustawy - pięciolatki do zerówki). Dlatego też już w tym roku formalnie weszłyśmy na drogę edukacji domowej. Aby uzyskać oficjalne pozwolenie należy mieć opinię o rozwoju dziecka z Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej (PPP) oraz złożyć wniosek do dyrektora szkoły.

No właśnie. Poradnia Psychologiczno-Pedagogiczna... Instytucja z gatunku tych, które spędzają mi sen z oczu. Niekomfortowo czuję się w sytuacjach, w których ktoś ładuje mi się w życie z buciorami. A w zasadzie nie z buciorami tylko z kajecikiem, ołóweczkiem i całą masą kwestionariuszy, testów, wytycznych, standardów i norm. I ocenia mnie szukając winy. A ja muszę się obronić. Z całym szacunkiem dla wszystkich moich koleżanek i kolegów psychologów - nie jestem fanką PPP.

Za radą mojej dobrej znajomej udałam się do Poradni nr. 22 przy ulicy Malowniczej w Warszawie, a moje życie wzbogaciło się o nowe doświadczenie. Uzyskanie diagnozy wymagało czterech niezależnych, półtoragodzinnych spotkań: dwóch z psychologiem i dwóch z pedagogiem oraz wypełnienia przeze mnie grubaśnego kwestionariusza (z którego pytań ni w ząb już nie pamiętam, chociaż pozostało mi wyraźne wspomnienie ciężkiej irytacji). Dopiero z takim materiałem obie Panie były gotowe opracować opinię o rozwoju Róży. Choć wbrew temu co mówi tytuł realnego boju z nikim nie stoczyłam, teoretycznie wszyscy byli mili, uśmiechnięci (choć uśmiechy były przeróżnej maści od tych serdecznych do tych powątpiewająco-litościwych) to jakoś tak... sama nie wiem...

Dla wszystkich, którzy podobne "boje" mają przed sobą, a także dla zwykłych ciekawskich swoje wrażenia postanowiłam opisać w trzech aktach i kilku scenkach, co niniejszym czynię.

AKT I - Pani Psycholog

Scena 1

Miła, uśmiechnięta kobieta w średnim wieku zaprasza nas do sali. Idę z Różą taszcząc fotelik z kilkumiesięcznym Jeremiaszem, Marcin ma za chwilę do nas dołączyć po odwieszeniu wszystkich kurtek na wieszaki. Jedne drzwi potem wąski korytarzyk prowadzący do trzech pokoi. Zostawiam drzwi otwarte, żeby Marcin nie miał problemu z trafieniem do odpowiedniego.

Pani Psycholog: Dlaczego nie zamknęła Pani drzwi?
Ja: Żeby mój mąż wiedział gdzie jesteśmy.
Pani Psycholog uśmiech natychmiast znika z twarzy, wzrok się wyostrza, głos z lekka lodowacieje.
PP: A skąd u Pani myśl, że dorosły mężczyzna nie jest w stanie trafić do sali?

Ups. Pierwsza zła odpowiedź. Czuję się, jakby mnie zbesztano pod tablicą. Siadaj - pała. I już w głowie gnają mi myśli: no tak, teraz uzna Marcina za jakiegoś nieodpowiedzialnego, nie zdolnego do samodzielnego myślenia i podejmowania decyzji faceta. Bezradny, mało inteligentny. Patologia, degenaracja. Super... Ale to pewnie moja nadinterpretacja, złe nastawienie, szukanie dziury w całym. Pewnie się czepiam. Bądźmy dobrej myśli.

Scena 2

Róża dostała chwilę czasu na dowolną zabawę znajdującymi się w sali zabawkami. Zabawki niczego sobie. Do pozazdroszczenia. Z nami przeprowadzany jest wywiad środowiskowy, jakieś papiery do podpisania, wypisania, zaznaczenia. Dostaję ten nieszczęsny kilkustronicowy kwestionariusz. Wszystkie papiery podpisuję ja, ponieważ zawsze mi się wydawało, ze w instytucjach lepiej jak jest porządek w tych kwestiach. W pewnym momencie Pani Psycholog wyciąga mi kartkę spod długopisu i podtyka Marcinowi. 

Marcin (z wielkim znakiem zapytania w oczach): Może żona niech wszystko podpisuje.. po co bałagan robić...
PP (wzrok wyostrzony, w głosie powietrze arktyczne): To Pan nie zamierza się angażować w edukację dzieci?

Myśli galopujące. Jak to? Jak to? Znowu atak na faceta? Że niby co? Bo pasuje/nie pasuje do jakiegoś modelu? Tłumaczyć jej, że Marcin to jeden z najbardziej zaangażowanych w edukację domową ojców jakich znam? Czy może znowu się czepiam? Nic to... uśmiech numer 5 i dalej do boju. 


Scena 3

Pogadanka na temat wielu różnych funkcji szkoły, o świętej socjalizacji, o tym, że ona przeciwniczką edukacji domowej nie jest, ale trzeba być świadomym pewnych ograniczeń itd...
Tak tak, my wiemy, rozumiemy, dbamy, socjalizujemy. Naprawdę.
Pytania ogólnikowe o formy ED w naszym domu, dalsza pogadanka o zbyt wygórowanych wymaganiach, o tym, że na pisanie to jeszcze za wcześnie (choć faktycznie te ćwiczenia są poprawnie wykonane)...
Tak tak. Wiemy, pomyślimy.

Scena 4 - Po zajęciach z Różą

Pani Psycholog z wypiekami na twarzy i pełnym entuzjazmem wyraża swoje zachwyty nad Różyczką. Że we wszystkich zadaniach wychodzi jej że jest ponad 90 centylem, że wykonała poprawnie wszystkie zadania, nawet te dla sześciolatków, że wykracza ponad wszelkie normy rozwojowe dla swojego wieku. Wszystko rozumie, wszystkie polecenia wykonała doskonale. Że właściwie we wszystkich badanych przez nią aspektach Róża wypadła na poziomie sześciolatka.Achy i ochy.

My lekko oszołomieni zmianą w zachowaniu Pani Psycholog szczerzymy się w ogłupiałej radości, a duma nas rozpiera. Nie dziwne chyba.

Pani Psycholog na pożegnanie mówi, że nie może się doczekać następnego spotkania, Róża w przypływie wstrząsającej grzeczności sprząta wszystkie zabawki, my się dalej szczerzymy. Atmosfera taka, że jeszcze chwila a zalęgłyby się w powietrzu różowe motyle.

Tylko proszę pamiętać o socjalizacji!!

Scena 5 - drugie spotkanie z psychologiem

Róża zachwycona wizją kolejnych zajęć z psychologiem. Lubi Panią - jak twierdzi. 
Na spotkaniu atmosfera słodka jak budyń z soczkiem. Róża ach!, Róża och! A jakie ma bogate słownictwo! Wiedziała nawet co to jest klepsydra! (też mi coś. W końcu od 4 lat czytamy codziennie książki. Jakby wiedziała jak jest klepsydra po angielsku - to by było coś ;-) ). A jakie piękne rysunki kolorowe robi! I wszyscy tacy uśmiechnięci na nich są! A jaka grzeczna, jaka posłuszna, jak pięknie wszystko sprzątnęła!

Pani Psycholog domaga się, żebym więcej opowiedziała jak my tę edukację domową realizujemy, jak to faktycznie wygląda. Więc siedzę i opowiadam, a Róża się bawi. Na koniec Pani Psycholog mówi rzecz dla mnie zupełnie niespodziewaną (zwłaszcza w kontekście początku poprzedniego spotkania).

PP: Tu ma Pani wymagania jakie dziecko powinno spełniać kończąc zerówkę. Ale w zasadzie... Róża właśnie to wszystko zdała. Wie Pani co? Chyba w jej przypadku edukacja domowa to dobre rozwiązanie.

Wychodzę zachwycona. W końcu każdy rodzic lubi słyszeć, że jego dziecko jest takie mądre, bystre, inteligentne... A tak mnie straszyli. A tak się denerwowałam. Uff... połowa za nami. "Jakoś poszło ośle".

Tylko proszę pamiętać o socjalizacji!!

AKT II - Pani Pedagog

Scena 1

Pozytywnie nastawione wizją kolejnej wizyty stawiamy się z Różą w poradni na Malowniczej. Dziś bój z Panią Pedagog. Wychodzi po nas młoda kobietka, na oko taka w moim wieku, może minimalnie starsza.

Na początek pogadanka, o tym jak złym rozwiązaniem jest ED. O świętej socjalizacji, o ambicjach rodziców, którzy krzywdzą swoje dzieci swoim "widzimisię", o tym, że jako wykształcony pedagog powinnam wiedzieć o zagrożeniach ED i że powinnam się jeszcze zastanowić nad tym co robię.

Mhm. Ok. Myślę sobie: Dobra kobieto, popracujesz z Różą to zrozumiesz o co mi chodzi. Będzie dobrze.

Scena 2 - podsłuchane przez drzwi

PP: Róża, mama mi mówiła, że ładnie śpiewasz i że lubisz śpiewać. To prawda, czy mama kłamie?
Róża (stanowczym tonem): Mama nigdy nie kłamie.
PP: acha... mówisz, ze mama zwykle nie kłamie. To co, zaśpiewasz mi coś?
R (lodowato): Nie.

Cóż za podły przykład manipulacji dzieckiem...
No i wyszło, że mama jednak kłamie, bo Róża konsekwentnie nic nigdy tej Pani nie zaśpiewała.

Scena 3 - po zajęciach

Pani Pedagog smutno kiwa głową nad pracami Róży i tonem grobowym oznajmia mi:

PP: Cóż... Róża niby wszystkie zadania wykonała bezbłędnie, ale ona nie ma takich umiejętności jakie mają dzieci chodzące do przedszkola...
Ja: To znaczy?
PP: na przykład ona musi skończyć poprzednie zadanie mimo, że ja już ją wołam do następnego

(to źle?)

PP: ... albo ona nie jest taka, żeby natychmiast reagowała i przychodziła jak jej przerywam jakąś czynność...

(to źle??)

PP: Róża nie ma takich umiejętności jak dzieci po przedszkolu... ona niechętnie wykonuje zadania, które uznaje za zbyt łatwe. To znaczy wykonuje je całkowicie poprawnie i do końca, ale tak... bez entuzjazmu...

(to źle???)

PP: Po za tym Róża jest taka... żywa. Nie mówię, że ma ADHD ale jest taka za szybka.

(to źle????)

No tak, faktycznie. Cóż za skrzywdzone dziecko.
Dziękuję. Do widzenia.

Scena 4 - drugie spotkanie z pedagogiem

Spotkanie wyznaczone na godzinę 8.00 rano. Godzina niemożliwa i dla mnie i dla Róży.

PP (z lekką dozą entuzjazmu): No, dziś Róża była w pozytywnym tego słowa znaczeniu ospała.

Mhm.

PP: Skoro, jak Pani wspominała, Róża ma problemy z pogodzeniem się ze swoimi porażkami to może powinna przeżywać je w sytuacji niepowodzeń szkolnych?

Aha.

No comments...

Tylko proszę pamiętać o socjalizacji!!

Akt III
Grande Finale czyli diagnoza


Warszawa, dn 30.04.2013 r.

OPINIA

W sprawie
Kształcenia i wychowania
- Oceny poziomu rozwoju psychoruchowego
- Objęcia dziecka nauczaniem domowym

Diagnoza
Harmonijny rozwój psychofizyczny:
- wysoki w sferze intelektualno-poznawczej,
- dobry w sferze emocjonalno-społecznej

Dziewczynka została zgłoszona do Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej nr 22 w celu zbadania poziomu rozwoju psychoruchowego. Rodzice chcą, aby ich córka od roku szkolnego 2013/2014 byłą objęta nauczaniem domowym. Planują nauczanie dziecka w domu przez mamę i ciocię.

Szczegółowe wyniki badania

Zakres umiejętności interpersonalnych
Dziewczynka chętnie pozostała w gabinecie z diagnostą. Była zainteresowana poszczególnymi zadaniami i jednocześnie chętna do zabawy. Ciekawa zabawek w pokoju wielokrotnie do nich podchodziła i zaczynała się bawić. Początkowo wymagało to wielokrotnego przywoływania dziewczynki do kolejnych zadań wykonywanych przy stoliku, z czasem przyswoiła zasadę wyższości wykonania zadania nad chęcią zabawy. Umiała się podporządkować stawianym w czasie badania wymaganiom organizacyjnym. W czasie wykonywania zadania skupiona. Przez cały czas trwania spotkania miała pogodny nastrój, nawet pomimo zmęczenia. Napotykając na trudności spokojnie starała się je przezwyciężać spontanicznie podejmując kolejny wysiłek.

Z wywiadu z mamą dziecka: dziewczynka nie chodzi do przedszkola, uczęszcza natomiast prawie codziennie na różnego typu zajęcia rozwijające jak balet, rytmika, śpiew, gry i zabawy konstrukcyjne, plastyka. W domu mama zajmuje się dodatkowo nauczaniem indywidualnym dziecka w zakresie rozwoju mowy, myślenia, kształtowania prawidłowych umiejętności słuchowo-wzrokowych. Dziewczynka chętnie uczestniczy w zajęciach domowych, które odbywają się systematycznie każdego dnia. Zdarzają się dziewczynce zachowania braku kontroli emocjonalnej typu płacz, złoszczenie się, gdy dozna jakiejś porażki.

Zakres umiejętności percepcyjno-motorycznych
Motoryka duża - dziewczynka sprawna fizycznie o prawidłowej równowadze statycznej i dynamicznej oraz dobrej koordynacji dużych grup mięśni całego ciała. Chętna do zabaw i ćwiczeń o charakterze ruchowym.

Motoryka mała - sprawność ruchów ręki podczas wykonania zadań wymagających uwagi i kontroli wzroku, ruchów precyzyjnych i współpracy obu rąk w normie wiekowej. Dziewczynka sprawna manualnie w czynnościach dnia codziennego jak ubieranie, mycie, jedzenie. Chwyt pisarski nieprawidłowy - palec środkowy, często dodatkowo serdeczny na ołówku, nacisk na kartkę prawidłowy. Poziom możliwości graficznych i płynności ruchów ręki adekwatny do wieku rozwojowego. Dziewczynka lubi rysować. Jej prace plastyczne są bogate w szczegóły i różnorodne barwy.
Dziewczynka o niejednolitej lateralizacji - dominacja ręki prawej i lewego oka.

Funkcje wzrokowo-przestrzenne - zdolność analizy i syntezy wzrokowej, percepcji wzrokowej oraz uwagi wzrokowo-ruchowej w normie wiekowej.

Funkcje słuchowo-językowe - słuch fonemowy prawidłowy, analiza wyrazowa zdania oraz sylabowa wyrazów w wysokiej normie wiekowej. Mowa dziewczynki jest płynna z zachowaniem prawidłowej konstrukcji zdaniowej i dość bogatym słownictwem. Bez zastrzeżeń artykulacyjnych.

Zakres umiejętności poznawczych
Dziewczynka opanowała prawidłowo schemat ciał, orientację w kierunkach i położeniach przedmiotów w przestrzeni. Ma wiedzę społeczną dotyczącą najbliższego otoczenia, wiedzy o sobie, rodzinie i relacjach społecznych adekwatną do wieku. Dokonuje kategoryzowania przedmiotów, różnicowania, szukania podobieństw oraz uogólniania na poziomie 5 latka.

Prezentuje myślenie obrazowo-słowne, przyczynowo-skutkowe, na poziomie przedoperacyjnym.
Umiejętności arytmetyczne:dziecko prawidłowo przelicza w zakresie 12, odróżnia zbiory różnoliczne i równoliczne, stosuje określenia: tyle samo, mniej, więcej. Układa elementy w serie rosnąco-malejące. Różnicuje i nazywa figury geometryczne - koło, kwadrat, prostokąt, trójkąt. Prawidłowo nazywa kolory.

Stanowisko w sprawie
Poradnia stwierdza harmonijny rozwój psychofizyczny dziewczynki.
Róża rozwija się prawidłowo. Z e względu na dobry rozwój psychofizyczny Róży brak przeciwwskazań do kontynuowania edukacji według wyboru rodzica w przedszkolu lub nauczaniu domowym.

Uzasadnienie
Badania psychologiczno-pedagogiczne wykazują, że rozwój psychofizyczny przebiega prawidłowo. Na wniosek rodziców dyrektor szkoły, może zezwolić na spełnianie przez dziecko obowiązku nauki poza przedszkolem, albo oddziałem przedszkolnym oraz określić warunki jego spełnienia.

EPILOG

Czy mam jakieś zastrzeżenia do tej konkretnej poradni? W zasadzie nie. Badania przeprowadzili rzetelnie, żadnego załatwiania "na piękne oczy", olewania tematu. Chociaż sposób myślenia Pani Pedagog wciąż stanowi dla mnie zagadkę, a jej paskudna próba manipulacji dzieckiem powoduje że pewien niesmak pozostaje, to jednak nie mogę ocenić ich jako złych, nieżyczliwych i niekompetentnych ludzi.

Czy mam jakieś zastrzeżenia do samej diagnozy? Tak, tu mam kilka.
Zaczynając od końca, czyli od Stanowiska w sprawie i UzasadnieniaPPP nie wystawia zgody na edukację domową. Ona ma za zadanie jedynie (albo aż) obiektywnie sprawdzić i opisać poziom aktualnego rozwoju dziecka. Jest to potrzebne po to, żeby nauczyciel egzaminujący po roku dziecko miał jakikolwiek punkt odniesienia. Jak było - jak jest. Aby mógł ocenić postęp. Poradnie natomiast często roszczą sobie prawo do wydania zgody lub odmowy na edukację domową. Mimo moich tłumaczeń tego faktu i tak w tekście diagnozy znalazły się sformułowania mówiące o braku przeciwskazań  oraz pozwoleniu na ED. No trudno. Niech im będzie. Inną kwestią jest to, że według tej opinii tylko prawidłowy rozwój Róży umożliwia jej ED. Czy oznacza to, że dzieci z problemami do ED się nie nadają? A to nie jest przypadkiem tak, że właśnie im ED bardziej by służyła? Cóż, temat zostawiam otwarty.

Uwagi o nieprawidłowym chwycie pisarskim Róży. To prawda, zdarza jej się przekładać palce na ołówek. Trzeba jednak pamiętać, że ona w momencie przeprowadzania badania miała jeszcze 4 lata. Rączki małe, niewprawione. Do tego w domu Róża dysponuje wyłącznie grubymi, trójkątnymi kredkami, ołówkami i flamastrami a w gabinecie kredki były tylko cienkie i okrągłe. Ciężko małej rączce utrzymać taką kredkę.

W opinii znajduje się informacja o tym, że edukacja domowa w naszej rodzinie realizowana jest przez mamę i ciocię. Pomimo wywiadu, rozmów, kwestionariusza itd., w których szczegółowo przedstawiałam naszą ED w tekście diagnozy ani słowem nie pojawia się wzmianka o dużej roli taty Róży. Czy ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć dlaczego? Dlaczego od pierwszych chwil w PPP osoba ojca była marginalizowana, umniejszana, pomijana czasem wręcz atakowana? Dziwne... W każdym razie takie przedstawienie ED w tej diagnozie sprawiło mi pewną przykrość.

Uwaga ostatnia - zastraszająca ilość błędnie wstawionych (i nie wstawionych) przecinków. Wypadałoby jednakowoż dokumenty pisać zgodnie z zasadami języka polskiego.






poniedziałek, 4 listopada 2013

Poczta

Kiedyś w zerówkach albo pierwszej klasie podstawówki standardem programowym była wycieczka na pocztę. Ja w każdym razie na takiej z klasą byłam.  Nie wiem jak jest teraz, ale mi i Róży taka się dziś przydarzyła. Mimochodem oczywiście (nasza edukacja mimochodem opisana została tutaj --> Uczenie Mimochodem).

Na piąte urodziny Róża dostała od naszych znajomych grę Granny Poczta. Zabawka święciła triumfy przez większość wakacji, a Róża sukcesywnie wierciła mi dziurę w brzuchu, że ona chce wysyłać pocztówkę naprawdę. Latem, mimo naszych wojaży, jakoś się nie złożyło, natomiast dziś przy okazji załatwiania różnych spraw na poczcie, mini-projekt Poczta został spontanicznie zrealizowany.

Róża wybrała pocztówkę, samodzielnie napisała treść życzeń, zakleiła kopertę, przykleiła znaczek (choć koncepcja lizania znaczka jakoś jej nie przekonała) no i najważniejsze - wrzuciła do skrzynki.

Dla nas bura codzienność. Dla pięciolatka - przeżycie, doświadczenie, nauka przez przeżywanie, duma z kolejnego osiągnięcia. Fajnie być dzieckiem, co nie?

W piżamie przez świat

Lubię edukację domową. Najbardziej lubię obserwować moment kiedy dziecko odkrywa coś, co sprawia, że wiedza którą już ma składa się w całość - jak puzzle. Hop! - i w głowie wszystko w jednej chwili trafia na swoje miejsca.

Kupiłam globus. Śliczny, duży, podświetlany (jak jest wyłączony to ma mapę polityczną, jak włączony - fizyczną). Przyszedł dziś rano pocztą. Od razu rzuciłyśmy się na niego łapczywie. W piżamach, bez śniadania ruszyłyśmy z Różką w podróż palcem po mapie.

Cały ranek rozbrzmiewały entuzjastyczne okrzyki Róży:

- jak to możliwe, że Polska jest taka mała? Przecież dla mnie jest taka ogromna!

- Mamo, a gdzie jest Borneo? Jest coś takiego, prawda?

- A gdzie mieszka Kaja?

- Róża patrz, tu jest Madagaskar.
- Madagaskar istnieje naprawdę?

- Patrz mamo, równik przecina Afrykę - tam musi być gorąco!

- O, Polska jest blisko bieguna. Ale Anaruk ma zimniej niż my.

- To wielkie to Afryka?
- Nie, to Chiny.
- To tutaj mieszkała Mulan! A gdzie Pocahontas?

- A Anastasia jechała pociągiem z Petersburga do Paryża, patrz jak to daleko.
- O raju!

- To z Warszawy nad morze jest tak blisko? Przecież jechaliśmy tak długo...

- Jaki ten ocean jest ogromny...

- A tu mieszka Twój Pradziadek.
- Tak daleko?? Tu się nie da dojechać samochodem bo jest morze po drodze!

- Tato, tato! Wiesz, że są cztery oceany? Spokojny, Atlantycki, Indyjski i Arktyczny

- U-gan-da, jak dziwnie się nazywa.


A potem już przez cały dzień, kiedy tylko gdzieś padła jakaś nazwa geograficzna (w radio, w dobranocce, w bajce-grajce, w książeczce) od razu globus szedł w ruch... I tak wiele informacji zaczęło mieć swoje miejsce, swój kontekst, swoje znaczenie.

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Korek dla Stasia

Tym razem nie edukacyjnie. Chociaż...


Staś jest uroczym synkiem naszych dobrych przyjaciół. I tak jak głosi plakat jest niezwykły - urodził się bez rączek. Żeby pomóc mu żyć normalnie wszyscy włączamy się w pomoc dla niego. Jak można pomóc? Bardzo prosto. Po pierwsze: można przekazać 1% podatku na jego leczenie i nowoczesne protezy. Szczegóły na plakacie powyżej. Można też zbierać plastikowe korki od butelek o czym głosi plakat poniżej. A to również jest ekologiczne. Zapraszamy do włączenia się w obie akcje. 

To niewiele, ale wspólnie możemy pomóc Stasiowi i jego dzielnym rodzicom.  


Zapraszamy także na stronę internetową: http://www.korekdlastasia.pl/

Lubcie to i zbierajcie korki!!!