czwartek, 29 września 2011

karty pracy i warzywa

Weekend spędziliśmy na wsi, więc Różka miała dużo okazji do obserwowania przyrody i innych zjawisk. Co widziała? żywą mysz, martwą mysz, purchawkę, jezioro, śluzę, dmuchawce, najnowocześniejszą w Lubelskim maszynę do dojenia krów, krowy, oborę, piwniczkę, zasuszonego motyla... tyle ja pamiętam. Ona pewnie dużo, dużo więcej.
We wtorek miał miejsce takie dialog między mną a Różką:
Ja: a może się pouczymy?
Róża: pouczymy? Tak! ale tylko nie jesień!
Najwyraźniej dziecko ma przesyt wiedzy, więc zaproponowałam jej wypełnianie książeczek i kart pracy, głównie rysowania po śladzie. Nie jest to dla niej łatwe (no ale ona ma w końcu tylko 3 lata) ale dzielnie pracowała. Chciałam żeby poćwiczyła rysowanie długich linii bez odrywania ręki. Pętelki na razie ją przerastają. Tylko ślimaka wykonała w pełni samodzielnie. Pozostałe są wypełnione z moją niewielką pomocą.





A to zadanie polegało na znalezieniu i pokolorowaniu wszystkich garnków które ukryły się w kuchni.


Dorobiłam też układanek dla Róży. Pocięłam kilka zdjęć z kalendarza Anne Geddes i to tak wrednie, że wcale nie jest tak łatwo je ułożyć. Jedna jest pocięta w trójkąty, a druga w małe prostokąty. A co. Niech się dziecina trochę pomęczy! Układanki zazwyczaj są zazwyczaj przez Różę wyciągane przy śniadaniu. Nie można przecież marnować czasu na bzdury.

Dziś natomiast zajęcia były u Cioci Niny (także szalona homeschoolerka) i to bez mojego udziału. Wracając, Róża podekscytowanym głosem opowiadała mi że były "doświadczenia z warzywami" i że cukinia jest tak samo zielona jak ogórek, a papryka była czerwona i jej smakowała, i że były różne pestki i że jadły kwaśnego ogórka i jeszcze pomidora. A w praktyce wyglądało to tak, że Nina zaproponowała dzieciom (grupa 4 dziewczynek) wielozmysłowe (polisensoryczne - brzmi mądrzej, nie?) poznawanie warzyw. Smak, zapach, porównywanie kolorów, wielkości, kształtów, pestek itd...

czwartek, 22 września 2011

I zgodnie ze wskazówkami diabła stworzono szkołę

cytat, który oddaje moje zdanie na temat szkół.

I zgodnie ze wskazówkami diabła stworzono szkołę. 
Dziecko lubi przyrodę: umieszczono je więc w zamkniętych salach. 
Dziecko lubi wiedzieć, że jego działalność służy czemuś: zrobiono tak, żeby jego aktywność nie miała żadnego celu. 
Lubi się ruszać: zmuszono je do bezruchu. 
Lubi oglądanie i posługiwanie się różnymi przedmiotami: nauczono je obcować z ideami. 
Lubi pracować rękami: pozwolono mu pracować tylko mózgiem. 
Lubi mówić: skazano je na milczenie. 
Pragnęłoby rozumować: kazano mu uczyć się na pamięć. 
Chciałoby poszukiwać wiedzy: podano mu ją gotową. 
Pragnie odczuwać zapał: wymyślono kary.
 A. Ferrière

Jesienne prace plastyczne

Choć kilka dni nie miałam czasu tu zajrzeć, to nie znaczy, że Latające Przedszkole miało wolne. Poza standardowymi ćwiczeniami językowymi i matematycznymi, które opisywałam we wcześniejszych postach, i wypełnianiu Zeszytu Trzylatka zrobiłyśmy zrobić z Różą kilka ładnych jesiennych prac plastycznych.

W poniedziałek głównym punktem zajęć było analizowanie budowy liścia kasztanowca. Po obejrzeniu go ze wszystkich stron, Róża obrysowała jego kształt w swoim Dzienniku Badacza i razem dorysowywałyśmy unerwienie (Róża środek, ja z jednej strony nerwy skośne, ona z drugiej). Na koniec Różka pokolorowała cały liść farbami.

Jak się okazuje, ta nauka nie poszła w las, bo dzisiaj (czwartek) Róża przyniosła mi taki oto samodzielny rysunek liścia. Duma mnie rozpiera, bo udało jej się odwzorować kształt liścia, próbowała narysować unerwienie. Te brązowe kreski naokoło to są (jak mi wytłumaczyła) te malutkie ząbki na brzegach liścia. Niebieskie kółeczko obok - to kasztan. Obrazek na razie triumfalnie wisi na lodówce, później trafi do Dziennika Badacza.


Dzisiaj przy śniadaniu w nagłym porywie inwencji twórczej zrobiłyśmy jesienną ozdobę do kuchni (tą akurat bardziej ja robiłam niż ona, ale dzielnie mi asystowała). Początkowo wymyśliłam sobie, że póki kasztany są miękkie to powbijam w nie szpilki i gwoździe jubilerskie i na Boże Narodzenie będą jak znalazł na choinkę. Ale potem postanowiłam ponawlekać je na nitkę i tak to się skończyło:

 
A na zajęciach właściwych powstał Kasztanowy Krasnoludek:


Założyłam też wreszcie segregator z obrazkami Róży. Wcześniej kolekcjonowałam je w postaci przerażającej sterty piętrzącej się na drukarce. Teraz wszystkie są posegregowane, powkładane w koszulki, podpisane i wpięte w segregator. Od dziś mam też mocne postanowienie każdy obrazek podpisywać i datować. 

niedziela, 18 września 2011

projekt jesień - dalszy ciąg

Ostatnie dni zdominowały nam dwie aktywności:
Przede wszystkim konsekwentnie realizujemy "Projekt Jesień"  czyli kolekcjonowanie wiedzy dotyczącej tej wspaniałej pory roku. Póki co:
- obserwujemy pogodę (projekt zaplanowany na 3 miesiące)
- na codziennych spacerach zbieramy skarby jesieni (z koszyczka już się wysypuje)
- było pierwsze podejście do robienia Kasztaniaków, ale sądzę, że nie raz tej jesieni jeszcze do tego wrócimy,
- uczę Różę obserwować przyrodę podczas spacerów
- Róża robi korale z jarzębiny (która jarzębiną nie jest, ale wygląda podobnie, a łatwiej się te koraliki nawleka i nie zsychają się tak szybko)
(tak zupełnie na marginesie to piszę tego posta siedząc na parapecie okna w kuchni i widzę jak Róża obserwuje Naszego Pana Gospodarza, który zdmuchuje liście z trawnika taką specjalną dmuchawą. To też jest jakieś oblicze jesieni a dla Różki nauka i doświadczenie)

Korale to jest nowa rzecz, nad którą Różka pracuje już kolejny dzień. Ona jest dzieckiem  z kategorii tych co to mają "motorek w pupie" i nie potrafią wykonać dłuższej pracy "w jednym kawałku". Dlatego też miseczka z owocami, nitką i igłą na stałe leży na stole i czeka. A Róża kilka razy dziennie podchodzi (podbiega), nawleka kilka koralików i pędzi dalej. I nie ma w tym nic złego. Takie zajęcia rewelacyjnie trenuje małą motorykę. Wiecie jak małymi palcami ciężko jest złapać tak niewielką kuleczkę, drugą ręką trzymać cieniutką (i ostrą w dodatku) igłę i jeszcze trafić jednym w drugie, przebić i nie zrobić sobie krzywdy? Spróbujcie to zrobić w grubych rękawiczkach. Trening małej motoryki i precyzyjności jest niezwykle ważny, bo bez niego dziecko nie będzie w stanie nauczyć się rysować i pisać.




 

Projekt Jesień będzie nam się dalej rozwijał. Pomysłów w kolejce do zrealizowania stoi kilka i wciąż powstają nowe. A to dobrze, bo przecież jesień tak naprawdę się jeszcze nie zaczęła. 


Druga aktywność jaka pochłania ostatnio Różę do nowa gra GRANNY "Figuraki". Gier GRANNY polecać nie trzeba, chyba wszyscy wiedzą, że są fantastyczne, mądre, niezwykle rozwijające, bardzo dobrze przygotowane, uniwersalne i stosunkowo niedrogie. Figuraki kupiłam za namową Niny i faktycznie - strzał w dziesiątkę. Gra ma dwie wersjie: pierwsza polega na tym, że rzuca się dwiema kostkami (na jednej są kolory, na drugie figury geometryczne) i należy znaleźć odpowiedni kartonik (np. czerwony trójkąt, zielone kółko) i ułożyć w planszy, druga: układa się obrazek z kartoników według wzorów. Oprócz tych dwóch, ja wykorzystuję ją jeszcze w trzeci sposób: Róża ćwiczy na niej umiejętność segregowania elementów zarówno ze względu na kształt jak i na kolor. Róża jest dość spostrzegawcza i ma niezłą pamieć wzrokową, dlatego zadania te wykonuje bez większych problemów, ale nie pamięta nazw. Dla niej wszystko co nie jest kółkiem jest trójkącikiem. Ćwiczymy, utrwalamy więc nazwy.








piątek, 16 września 2011

spacer

Wczorajszy dzień ułożył się tak, że nie robiłyśmy żadnych zorganizowanych zajęć przy stole, ale za to poszłyśmy na długaśny spacer, podczas którego szczególnie uważnie oglądałyśmy zmieniającą się przyrodę. Zbierałyśmy także różne skarby do koszyczka: kasztany, żołędzie, orzechy, liście różnych gatunków drzew, takie czerwone kulki co wyglądają jak jarzębina ale jarzębiną nie są (czy ktoś wie co to za drzewo?? Jest ich pełno we Włochach, ale nie możemy znaleźć w żadnym atlasie. Najbardziej przypomina 1. irgę 2. ognika szkarłatnego, ale ma inne liście), puste muszle po ślimakach (jedna okazała się jednak zamieszkała), kwiatki...
To tylko część zbiorów. Oprócz tego jest jeszcze góra liści, która już się prasuje i suszy między książkami.
A to wszystko dlatego, że dzisiaj będziemy robić.... C.D.N.

środa, 14 września 2011

czytanki

Zamówiłam prenumeratę "Świerszczyka", ale że nie mogłam się doczekać aż przyjdzie pierwszy numer, to wyciągnęłam jakiegoś starego i dziś był dzień edukacji czytelniczej.
Tak naprawdę zaczęło się (jak zwykle) od inicjatywy Róży, która cały ranek spędziła oglądając uważnie swoje książeczki. Jedna z drugą. Postanowiłam więc wykorzystać jej zainteresowanie i pociągnąć temat.



W "Świerszczyku" Róża oglądała komiks z Czarownicą Irenką i opowiadała co się dzieje na każdym obrazku, potem ja czytałam jej wiersz i rozmawiałyśmy o czym opowiadał (trening uważnego słuchania ze zrozumieniem - wcale nie takie łatwe), a na koniec czytałyśmy wspólnie tekst, w którym niektóre słowa zamieniono na obrazki.

Całość byłą dość wyczerpująca dla Różyczki i mimo chęci nie miała siły na zadania "rysowane" z Zeszytu Trzylatka, więc wyciągnęła książeczki, które kupiłam jej w wakacje.
Te książeczki to takie małe atlasy zwierząt, z dużą liczbą naklejek. Dziecko wkleja w odpowiednie miejsce odpowiednią naklejkę i w ten sposób kompletuje mini-encyklopedię. Do każdego zwierzęcia dodany jest krótki opis, wiec po wyklejeniu całości można ją czytać jak prawdziwy atlas zwierząt. Bardzo mi się ta koncepcja podoba, a Róża je wprost uwielbia, więc kupiłam wszystkie jakie znalazłam w sklepie czyli: Dzikie zwierzęta, Wiejskie zwierzęta i Zagrożone gatunki zwierząt, ale jest ich o wiele więcej. Serię wydaje wydawnictwo GRAFAG. Polecam!




Na spacerze zbierałyśmy żołędzie i liście. Kasztany są tak przebrane przez dzieci włochowskie, że prawie nic dla nas nie zostało. Niedługo będziemy wklejać liście do Dziennika badacza wiec już powoli kompletujemy materiały...

Róża dzielnie uczy się rozpoznawać litery i dziś do "i", "o" i "l" doszło "s". To jest jej własna inwencja i indywidualny pęd do wiedzy. Pyta mnie wielokrotnie "co to za litera", ja jej odpowiadam, ona zapamiętuje a potem kopiuje kształt na papierze. Moje dziecko mnie zadziwia...

wtorek, 13 września 2011

Kasztaniaki w plenerze- historyjka obrazkowa










Miało być dzisiaj bez bazgraniny, ale ta koncepcja Róży mnie zachwyciła. Jak już wszystkie figurki były gotowe (duży ludzik, dziecko i zwierz bliżej nieokreślony), Róża stwierdziła, że dziecko jest malutkie i duży ludzik musi go trzymać na rękach cały czas. A potem sama pomysł zrealizowała, łącząc je kawałkiem wykałaczki:

poniedziałek, 12 września 2011

Dziennik badacza


Założyłyśmy dziś Dziennik Badacza. Trochę trwało zanim udało mi się kupić to, na czym mi zależało, ale wreszcie mam. Wielką kronikę formatu A3 a w środku 250 czystych stron. 
Pomysł prowadzenia takiego dziennika badacza wzięłam tak naprawdę od Róży. Kiedyś, jeszcze przed wakacjami, oglądając film "Dzwoneczek i uczynne wróżki" (kto nie widział - polecam - sympatyczny, niegłupi, świetny animacyjnie, ładna muzyka) Różka stwierdziła, że tak jak główna bohaterka Lizzy, ona też chce prowadzić obserwacje. Od tego czasu plątał mi się po głowie pomysł założenia takowego no i voila. Próbowałam wprawdzie przeforsować formę segregatora, ale Róża kategorycznie odmówiła. Dziennik ma wyglądać tak jak ten Lizzy. Cóż było robić. Trzeba było pobiegać po sklepach i trochę wybulić...



Koncepcję mam taką, żeby w tym Dzienniku dokumentować jak najwięcej działań edukacyjnych Róży. Żeby miała kronikę zdobywania wiedzy. Co tylko się da będziemy pisać, rysować, wklejać do Dziennika Badacza. Będą w nim i rysunki, i liście, i zdjęcia, i małe formy plastyczne, pierwsze zielniki, małe atlasy itd... Takie małe kompendium wiedzy zdobytej.  Róża w każdej chwili będzie mogła wrócić do tego co zrobiła, a to jest świetna forma porządkowania i utrwalania wiedzy. No i daje to poczucie tworzenia dużego dzieła.
Dlatego też kalendarz obserwacji pogody został uroczyście przepisany do Dziennika i w nim będzie kontynuowany. Czas trwania projektu (obserwacji pogody oczywiście) zaplanowałam na 3 miesiące, dlatego od razu machnęłam "tabelki" do końca listopada.
W przedszkolach również przeprowadza się takie projekty (są zawarte w podstawie programowej), jednak tam zazwyczaj trwają nie dłużej niż tydzień. Ja jednak pomyślałam sobie, że rozciągnę go na całą jesień, bo po pierwsze: czemu nie? po drugie: jesienią pogoda jest bardzo zmienna, od upałów po mróz i śnieg, przez tydzień takich wahań nie da się zaobserwować. Po trzecie: uczy to systematyczności. Róża już ma nawyk, że trzeba kalendarz uzupełnić i sama tego pilnuje. Po czwarte: może przez te 3 miesiące Róża nuczy się oznaczać symbolami coś jeszcze poza słońcem (lub jego brakiem) i kolorem nieba.



Zachwycona sprawnością z jaką Róża sylabizuje wyrazy dowolnej długości postanowiłam iść za ciosem i podrążyć temat. Dzisiaj więc oprócz tego co poprzednio, liczyłyśmy sylaby i  porównywałyśmy długość różnych wyrazów. Tym sposobem przepięknie łączyła nam się edukacja językowa z matematyczną (kształcenie zintegrowane!). Te zadania okazały się dla Róży dość męczące, skupienie jakiego od niej wymagały wykończyły ją na resztę dnia. 
Na zakończenie dzisiejszego "uczenia się" Róża ułożyła puzzle i wkleiła je do Dziennika Badacza. Puzzle takie jak te można zrobić ze wszystkiego, w dowolnej chwili i w dowolnej ilości, a w dodatku małym kosztem. Wystarczy pociąć jakiś obrazek (stara książeczka, gazetka, "święty obrazek", pocztówka, cokolwiek), a dzieci to lubią. Po zajęciach musiałam wyjść na plac zabaw w trybie natychmiastowym, ponieważ Róża zmęczona intelektualnie (po dużym wysiłku umysłowym) dostaje takiego przyspieszenia, że  jakby się dało, to by skakała po suficie.






niedziela, 11 września 2011

kalendarz

W sobotę zrobiłyśmy niewiele, Różę rozsadzała energia więc zajęcia były krótkie. Przede wszystkim założyłyśmy kalendarz obserwacji pogody. Rozrysowałam tabelkę na wrzesień. Tłumaczyłam jej, że każdy dzień ma swoją nazwę, pokazałyśmy sobie który dzień jest dzisiaj, który był wczoraj, kiedy byliśmy w ZOO. Nie za bardzo to wszystko zrozumiała, ale przyjęła z godnością :-) jeszcze będziemy do tego wracać. Kalendarz jednak założyłam żeby Róża mogła obserwować pogodę i zapisywać swoje obserwacje. Na razie robi to bardzo prosto. Umie już narysować słoneczko, a te czarne maziaje to są chmury (w sumie oznaczenie sensowne). Jesień ze względu na dużą zmienność pogody jest bardzo dobrym momentem na prowadzenie takich . Zwyczajnie nie jest to nudne. Kalendarz triumfalnie zawisł na lodówce.


Następnie ćwiczyłyśmy sylabizowanie wyrazów. Ja mówię jakiś wyraz, a Róża go powtarza rozbijając na sylaby i na każdą sylabę jest klaśnięcie. Ponieważ już ostatnio zauważyłam, że robi to bezbłędnie (znowu szok) więc jej utrudniłam. Wyciągnęłam nieśmiertelne guziki i powiedziałam: napisz słowo kuchnia. No i ona wzięła jeden guzik mówiąc "ku" i drugi mówiąc "chnia". Mnie wmurowało w podłogę. Tak samo poradziła sobie z wyrazem trzy i czterosylabowym. Nie wiem jeszcze co to znaczy, ale coś znaczy, muszę się poradzić kogoś mądrzejszego jak z nią pracować dalej.

Na koniec Róża machnęła dwa zadanka z "Zeszytu Trzylatka"  i to był koniec zajęć.

Nauka rozproszona

Czasami zdarza się tak, że Róża nie ma ochoty (jak to ona mówi) uczyć się. Na przykład wczoraj (09.09.2011) przez cały dzień byłą tak zaabsorbowana zabawą którą wymyśliła (strasznie dużo potem sprzątania było...), że nie miała czasu. Czy to oznacza, że Róża w piątek niczego się nie nauczyła? Pytanie jest oczywiście głupie i retoryczne. Oczywiście że się nauczyła masy rzeczy tylko nie w formie zajęć a w rozproszonej. Czego na przykład? Już opowiadam.
Róża na wiosnę wymyśliła zabawę "a powiemy inne zwierzątka?". Chodzi w niej o to, żeby na zmianę wymieniać różne zwierzęta, tak żeby się nie powtarzały (Róża potem wprowadzała różne jej modyfikacje: w ubrania, w kolory, lub wymienianie po 3 zwierzęta). No i podczas grania w tą grę Róży przypomniał się borsuk. Wymieniła więc tego borsuka, ale że nie pamiętała jak wygląda, to od razu mnie pyta: A co to jest borsuk? Wrzuciłam wiec borsuka w google, obejrzałyśmy różne zdjęcia, chwilę porozmawiałyśmy o tym gdzie borsuki żyją, co jedzą, gdzie mieszkają... Edukacja przyrodnicza i medialna naraz, poznawanie na konkretach i to wszystko w jakieś 2 minuty. I teraz już Róża wie co to jest borsuk. Jest nauka? No jest. Nie musiałam organizować osobnych zajęć żeby jej tego borsuka przedstawić. Byłoby to absurdalne w tej sytuacji. Zanim byśmy siadły, ona by już zapomniała.
I taki sytuacji w ciągu dnia jest bardzo dużo. Dziecko chłonie świat całym sobą. Zbiera ogromne ilości informacji i porządkuje, Tak buduje swoją wiedzę o świecie. W edukacji domowej fajne jest to, że można iść  dokładnie za rozwojem dziecka.

Żył kiedyś taki facet - Lew Wygotski - który w rozwoju dziecka wyodrębnił dwie fazy:
1. sferę aktualnego rozwoju - czyli wszystko to co dziecko już wie, umie, potrafi. Tak stan obecny, zastany.
2. sferę najbliższego rozwoju - czyli to, czego dziecko jeszcze nie umie, ale jutro już potrafić będzie.
Mądry wychowawca powinien myśleć właśnie o tej drugiej sferze i na niej koncentrować swoje działania. Po co uczyć dziecka tego co już umie? Dziecko się wtedy nudzi, a ono chce iść do przodu, poznawać świat, a nie robić w kółko to samo. W sferze najbliższego rozwoju znajdują się takie treści, które dziecko ma już w zasięgu swoich możliwości, ale jeszcze ich nie opanowało. To jest jak poprzeczka minimalnie za wysoko, tak o włosek. Działając w sferze najbliższego rozwoju wspieramy rozwój dziecka. Ale żeby mieć rozeznanie co jest w której fazie trzeba dobrze znać dziecko i umieć je obserwować. Przecież to się zmienia codziennie! W klasie szkolnej jest to rzecz niemożliwa do uzyskania. Mamy 30 dzieci, każde na innym etapie rozwoju, każde z inną wiedzą wyjściową, różnymi doświadczeniami, różnym tempem uczenia. Mamy też żelazny program, rozpisany na każdy dzień, który musimy realizować. Jak to się ma do sfery najbliższego rozwoju dziecka? No właśnie nijak. Jeśli tematem lekcji trafimy w sferę najbliższego rozwoju jednego, może dwójki dzieci to jest sukces. Dla pozostałych będzie to albo za łatwe (sfera aktualnego rozwoju) albo za trudne (treści poza najbliższym zasięgiem). Dlatego w klasie szkolnej zazwyczaj jest jeden kujonek, większość klasy się nudzi, a reszta sobie nie radzi.
Przykład z życia: Róża na imieniny (23.08) od swojego Chrzestnego dostała zestaw klocków Lego. Podekscytowana od razu wzięła się do zabawy ale zupełnie jej nie szło. Małe paluszki zbyt mało zgrabne nie radziły sobie z małymi klockami, nie umiała trafić (zwłaszcza tymi najmniejszymi elementami), wszystko to budziło w niej raczej frustrację więc klocki spakowała i odstawiła na półkę. Wyciągnęła je w piątek i nagle się okazało że już potrafi, że się daje te klocki łączyć i budować fajne rzeczy. Dziecko wsiąkło na godzinę... :-)

Dzieci są mądre. Dzieci podświadomie wiedzą czego im potrzeba najbardziej. Jeśli dziecko uparcie bawi się jedną zabawką, to znaczy, że ta zabawka rozwija w nim właśnie to co powinno być w danym momencie rozwijane. Jeśli wymyślam jakieś zadanie dla niej, a ono ją przerasta tak że jest bezradna, odkładam to na później. Wracam po tygodniu, po dwóch i obserwuję co się zmieniło.

Aha, i jeszcze jedno dziecko uczy się przez zabawę. Jest tak zaprogramowane. Bawiąc się, dziecko przetwarza, systematyzuje, kataloguje wszystkie bodźce jakie dostaje od świata (dlatego tak ważnym jest żeby obserwować zabawy dziecka, często tak diagnozuje się np. problemy występujące w rodzinie, w szkole), rozwija wszystkie operacje myślowe. A my koniecznie chcemy wtłaczać je w instytucje, w których mają siedzieć i słuchać Pani. Dziecko musi działać, musi dotknąć, musi włożyć łapy gdzie nie trzeba, bo to jest jego droga uczenia się.
Pamietajcie, proszę: NIE MA GŁUPICH DZIECI!

czwartek, 8 września 2011

Nina Michalak: O roli rytmów w rozwoju dziecka

W związku z licznymi pytaniami, zamieszczam tekst jaki zamieściła Nina Michalak na facebookowej stronie Latającego Przedszkola:


"O roli rytmów w rozwoju dziecka"

Nas, zwolenniczki współpracy z mądrością dziecięcego organizmu i naturalnym tempem rozwoju, zachwyciła opisana przez Edytę Gruszczyk-Kolczyńską teoria rytmów. Pozwolę sobie zacytować parę fragmentów jej publikacji, wychodzę bowiem z założenia, że to najlepszy sposób przekazania dobrej teorii :).

Historia zaczyna się jeszcze w brzuchu u mamy. "Dziecko żyje wówczas w środowisku wypełnionym rytmami: rytmem bicia matczynego serca, rytmem kołysania jej kroków, rytmem oddechy. Doznania te są odczuwane przez dziecko i przekazywane do dziecięcego umysłu. [...] Te wczesne doznania powodują, że przytulony do piersi dorosłego noworodek rozpoznaje rytm bicia serca mimo przeżywanego szoku. Ponieważ rytm ten silnie jest kojarzony z poczuciem bezpieczeństwa, dziecko może się uspokoić. W chaosie doznań rozpoznało przecież coś znajomego, spokojnego i dobrego". Gdy po porodzie mama bierze niemowlę w ramiona i łagodnym kołysaniem, mocno przytulone uspokaja maleństwo ma największe szanse łagodnie pogodzić się z trudnym i szokującym jakby nie było "przyjściem na świat". Rytmy odgrywają tu niebagatelną rolę. Zajmują też ważne miejsce w wielu terapiach szczególnie dzieci opóźnionych, upośledzonych czy autystycznych.

Im dalej w las tym więcej drzew ;), niemowlę rośnie, poznaje świat, odkrywa kolejne rytmy rządzące nim: "rytm przemienności dnia i nocy, rytm i stałe następstwo pór roku, także cykl życia w przyrodzie (organizmy rodzą się, dojrzewają, rozmnażają, umierają)" Dziecięcy zaś świat regulują rytmy posiłków i ustalonych przez rodziców rytuałów: porannego ubierania, przedobiedniego spaceru, wieczornej dobranocki, wreszcie - tak często podkreślany przez lekarzy - rytuał szykowania się do snu. A dzieci same pokazują, że lubią tę konsekwencję, stałość i przewidywalność, często rzetelniej jej przestrzegają niż dorośli. "Nic więc dziwnego, że rytmy regulują proces uczenia się człowieka. Umysł rejestruje bowiem to, co się powtarza: im regularniej i częściej, tym lepiej. [...] Wcześnie rozwijająca się zdolność do skupiania się na rytmach pełni także ważną funkcję w poznawaniu świata. Pozwala już małemu dziecku:
- rozróżniać i łączyć podobne: takie same - inne, to i to podobne,
- przewidywać: było, jest i można spodziewać się, że będzie.
Dlatego od rozwoju zdolności skupiania się na regularnościach zależy w dużej mierze człowiecza inteligencja. Warto więc rozwijać u dzieci tę właściwość organizmu i to wcześnie"

Uznałyśmy słuszność tych argumentów :) i postanowiłyśmy wprowadzić na stałe rytmy w edukację i stymulowanie rozwoju naszych dzieci. Pierwszy krok na drodze rytmów to klepanie i klaskanie w rytmie na cztery. A zresztą dzieciaki namiętnie uwielbiają siedząc w kręgu klepać w podłogę, klaskać, klepać w kolana i robić to w różnych układach starając się jednocześnie równiutko powtarzać za osobą, która rytm wybija.
Niezwykłe przy tym obserwacje przeprowadzać można, dotyczące koncentracji, uwagi i skłonności do uczenia się poszczególnych dzieci. Zaskakująco żądny wiedzy pięciolatek radzi sobie z rytmami lepiej niż roztrzepana sześciolatka! :)

Zresztą rytmy to coś takiego co równie dobrze wyjdzie jeden na jeden - dziecko - mama. I niekoniecznie musi to być klepanie :) Pani Gruszczyk - Kolczyńska sugeruje układanie ciągów rytmicznych z kolorowych klocków; polecam, tworzenie takiego pociągu jest radosnym przeżyciem już dla dwulatka :), no i oczywiście jest szansa na ciut wyższe IQ w przyszłości ;)

Cytowana: E. Gruszczyk - Kolczyńska, E. Zielińska; "Wspomaganie rozwoju umysłowego trzylatków i dzieci starszych wolniej rozwijających się"; Warszawa 2000r.

Nina Michalak
-------------------------------

pisanie, klaskanie i rytmy

Dzisiaj skupiłyśmy się na przygotowaniu do pisania i edukacji matematycznej. Oczywiście nie znaczy to, że Róża dostała zeszyt w trzyliniie, albo że rozwiązywała słupki. Nie, do tego to nam jeszcze bardzo daleko.
Świetnym przygotowaniem do pisania (prawidłowego prowadzenia ręki i właściwego kreślenia liter) jest uwielbiane przez Różkę pisanie w kaszy. Tacka z kaszą manną (ja używam pudełka po czekoladkach Ferrero - jest duże, prostokątne i niezbyt wysokie) i rysowanie paluszkiem kresek, kółek, wężyków, ślimaków, czyli wszystkich tych kształtów, które tworzą litery.



Róża (bardzo dumna z siebie) nauczyła się pisać literkę i (co jest efektem ubocznym ćwiczenia "szlaczka" kreska i kropka powyżej) i zapisuje nią wszystkie napotkane kartki (łącznie z moimi notatkami do doktoratu) :-). Na zdjęciu Róża pisze patyczkiem (takim do sushi) w kaszy - ot drobna modyfikacja metody.


Z edukacji językowej ćwiczyłyśmy dziś także wyklaskiwanie słów, czyli dzielenie słów na sylaby, a z edukacji matematycznej Róża układała rytmy z guzików. Przeżyłam szok, bo okazuje się, że po wakacyjnej przerwie Róża układa bezbłędnie czteroelementowe rytmy.


Na zakończenie dzisiejszych zajęć Róża rozwiązała kilka zadań z "Drugiego Zeszytu Trzylatka" z Biblioteczki Mądrego Dziecka. Naklejki, rysowanie po śladzie, łączenie elementów czyli to co tygryski lubią najbardziej.

obserwacje jesieni

Rozpoczęłyśmy już obserwowanie zmian w przyrodzie i nieuchronne nadchodzenie jesieni. Róża zebrała już pierwsze tegoroczne kasztany, żołędzie, orzechy i jarzębinę i kolekcjonuje je w "Koszyczku Skarbów Jesieni", a także wykorzystuje w różnych zabawach. Tu na przykład dostałam ciasto:


Staram się zwracać jej uwagę na to, że owoce drzew to nie tylko jabłka czy gruszki.  Porównujemy te różne owoce, które są mniejsze, które większe, że kasztany i orzechy są w zielonych łupinkach, że niektóre się je, a niektóre nie, jakie mają kolory  itd... Obserwujemy też (głównie na spacerach) jak codziennie zmieniają się kolory liści, jak zmienia się pogoda. Jesień to bardzo dynamiczna pora roku. Codziennie jest coś innego.

kolaż "Lato"

Z początkiem września (choć nie pamiętam dokładnie którego to było), zrobiłyśmy z Różą podsumowanie lata, które ma być wstępem do dużego bloku "Jesień". Zrobiłyśmy kolaż, który składa się ze zdjęć i obrazków wszystkiego, co kojarzy się Różyczce z latem i wakacjami. Wykonywanie samego kolażu poprzedziły mniej więcej dwa dni (niby) przypadkowych rozmów z Różą na temat tego co pamięta i skrzętnego notowania każdego z haseł.
Kolaż powstał na dużym arkuszu brystolu, do którego Róża przyklejała powycinane przeze mnie obrazki (taki recycling starych kolorowanek) i wspólnie wybranych i podrukowanych zdjęć z wakacji. Sam układ kolażu przeszedł (na prośbę Róży) jedną gruntowną zmianę koncepcji. Efekt końcowy wygląda tak i wisi teraz w kuchni nad stołem. Będzie nam docieplał życie w zimowe wieczory.

edukacja przyrodnicza czyli wycieczka do ZOO

Symbolicznie "rok szkolny" rozpoczęliśmy wycieczka do warszawskiego ZOO. Poprzednio byliśmy tam w kwietniu. Wtedy Róża przejawiała objawy lekkiego szoku z powodu zbyt wielu bodźców, przebiegała od klatki do klatki ale i tak zapamiętała sporo zwierząt. Tym razem, podeszła do całej sprawy bardziej metodycznie. Długo i uważnie oglądała każde zwierzę, analizowała, zapamiętywała. Dużo zapamiętywała, od niektórych wybiegów nie mogliśmy jej oderwać (hitem był mrówkojad) :-) Swoją drogą wybraliśmy chyba najlepszy moment na zwiedzanie ZOO. Był to dzień, w którym wszystkie dzieci były w szkołach/przedszkolach na rozpoczęciach roku, potem zapewne gonitwa po sklepach za książkami, plecakami, workami, zeszytami itd... mało kto więc wpadł na pomysł wycieczki do ogrodu zoologicznego. Wszędzie pustki, cicho, spokojnie, zwierzęta zrelaksowane, chętnie się pokazywały. Ponadto nie przyszliśmy tam rano, ale na 2 godziny przed zamknięciem. Była to pora karmienia większości zwierząt - dodatkowa atrakcja. Zakupiliśmy też przewodnik po warszawskim ZOO w którym są przepiękne zdjęcia większości zwierząt, a na pewno wszystkich kluczowych, Wszystkie zwierzęta, które Róża widziała "na żywo" teraz może oglądać w książeczce. Albumik ten jest przez Różkę dokładnie oglądany codziennie, a więc i doskonale utrwala się wiedza zdobyta jakby nie patrzeć przez doświadczenie. No i pokażcie mi trzylatka, który poza koniem, krową, żyrafą, słoniem i hipopotamem (i dziesiątkami innych zwierząt) wie co to jest i jak wygląda: koroniec, wij, skolopendra, pająk ptasznik, karaczan, płaszczka, makak, pantera śnieżna, papuga ara itd... Zaczęły się też trudne pytania: Czy mrówkojad boi się lisa? No właśnie... Czy mrówkojad boi się lisa?


Początek

1 września 2011 roku, moja trzyletnia córka Róża powinna rozpocząć naukę w przedszkolu. Jednak do przedszkola jej nie posłaliśmy i nie poślemy. Jako zagorzały zwolennik Edukacji Domowej i coraz większy przeciwnik publicznej oświaty w wydaniu polskim a przy okazji pedagog wykształcony w specjalności Edukacji Początkowej, wzięłam edukację Róży w swoje ręce.