sobota, 29 października 2011

Muzyczna wycieczka do ZOO

Wyciągnęłam zakurzone nagranie "Karnawału Zwierząt"  (cykl 14 miniatur napisany przez Camille'a Saint-Saens'a. Każdy z utworków ilustruje inne zwierzę) i wyruszyłyśmy z Różyczką w muzyczną podróż do ZOO. Zawsze lubiłam ten cykl, ale dopiero wczoraj doceniłam jego wartość i przydatność edukacyjną. Saint-Saens fantastycznie przedstawia zwierzęta (kiedy się dobrze wsłucha w warstwę muzyczną można odkryć mnóstwo niuansów, głosów zwierząt), świetnie oddziałuje na wyobraźnię, a przy tym utworki są na tyle krótkie, że nawet moja Róża nie nudzi się nimi.

Na całość składają się takie części (ale my dokonałyśmy drobnych zmian):
  1. Wstęp i marsz królewski lwa (wejście przez bramę ZOO i Lwy)
  2. Kury i koguty
  3. Kułany (zmieniłyśmy na zebry)
  4. Żółwie 
  5. Słoń
  6. Kangury 
  7. Akwarium 
  8. Osobistości z długimi uszami 
  9. Kukułka w głębi lasu 
  10. Ptaszarnia 
  11. Pianiści 
  12. Skamieliny (zmieniłyśmy na dinozaury)
  13. Łabędź 
  14. Finał  (pożegnanie ze zwierzątkami)

Głównym celem zajęć było uruchomienie wyobraźni Róży, a także kształtowanie umiejętności aktywnego słuchania muzyki - co wcale nie jest takie łatwe oni oczywiste, ponieważ dzisiejsza kultura opiera się na bodźcach wzrokowych. Róża choć na początku nieco zdezorientowana, dość szybko załapała czego zajęcia dotyczą i chętnie się w nie włączyła. Każdy z utworków (czyli każde zwierzę) początkowo wyobrażała sobie siedząc na podłodze z zamkniętymi oczami wsłuchując się w muzykę, i posiłkując moim opowiadaniem "co właśnie się dzieje". Przedstawiała także każde zwierzę ruchem, dbając o to, żeby było to zgodne z muzyką, co niejednokrotnie wymagało od Róży hamowania swojego temperamentu (np. Łabędź płynie powoli, a nie szybko jak motorówka).
W ciągu tych zajęć "obróciłyśmy" całość dwukrotnie. Za drugim razem już nie przedstawiała zwierząt, ale siedziała ze swoją ulubioną książeczką zakupioną w ZOO warszawskim i oglądała je słuchając muzyki. 

Choć na tym zajęcie umuzykalniające się zakończyły, to "Karnawał Zwierząt" od tego czasu gra u nas w domu  praktycznie bez przerwy, a Róża już w sposób dowolny bawi się i interpretuje muzykę.


***

30.11.2011
Kolejny dzień wypełniony muzyką Saint-Saensa w naszym domu.
Różyczka przyszła do mnie i pyta: "czy w tym ZOO były pingwiny?", a ja na to zgodnie z prawdą, że nie. Różka na to: "no to musimy wymyślić pingwiny" a potem nastąpił improwizowany śpiew i taniec przedstawiający pingwiny.  Twórczość! Twórczość dziecięca! Niczym nie skrępowana! Nie znająca granic!
To właśnie takie sytuacje pokazują, że to wszystko ma sens.

czwartek, 20 października 2011

budujemy dom 1

Znów dałam się ponieść wyobraźni i pomysłowości Różyczki. To ona dziś przyszła do kuchni i zaproponowała: zróbmy ludziki. No to je zrobiłyśmy... i dwupiętrowy dom do tego.

Ludziki: Tata, Mama, Różyczka i Laleczka Różyczki mają główki z koralików, ciała z ozdobnego drutu (kupiłam go rok temu przed Bożym Narodzeniem) i włosy z kordonka przyklejone na klej introligatorski. Kolory włosów dobierała Róża i kategorycznie zażądała, żeby jej odpowiedniczka miała włosy najdłuższe.

Domek zbudowałyśmy z trzech pudełek po butach. Jego architektura wprawdzie najbardziej przypomina sześcian mazowiecki, ale cóż. Konstrukcję dachu przerobimy jutro. Wycięte zostały drzwi i okna, jedną ścianę usunęłam, żeby był łatwy dostęp do salonu na dole, a także dołożyłam balkon. Róża bardzo rzetelnie wysmarowała cały dom klejem (introligatorskim) i obkleiła krepinami według własnego gustu i uznania.

Na jutro zaplanowane już mamy robienie ubrań dla lalek oraz mebelków i dachu. A domek już jest w użyciu (czyli w zabawie).















Użyte materiały:

  • cztery plastikowe koraliki w 3 rozmiarach
  • drut ozdobny
  • kordonki w różnych kolorach
  • klej introligatorski
  • trzy pudełka po butach (w tym jedna pokrywka)
  • różnokolorowe krepiny
  • ostry nóż
Bilans zysków i strat:
  • cztery ludziki
  • dwupoziomowy dom
  • wykończony klej introligatorski
  • jedna niegroźna rana cięta
  • jedna poplamiona sukienka
  • jedno duże sprzątanie
  • dwie szczęśliwe osoby


poniedziałek, 17 października 2011

Odyniec! Do tablicy!

Aby osłodzić Róży przechodzenie zapalenia ucha, Babcia sprezentowała jej tablicę. Jak się okazuje, edukacja domowa nie uznaje zwolnień lekarskich. A więć: Odyniec! Do tablicy!
Ćwiczymy dzielnie rytmy i szlaczki złożone z elementów, z których składają się różne litery. To taki trening przed nauką pisania. Atrakcyjna forma pisania i zmazywania z tablicy ma także swoje uzasadnienie w metodyce nauki pisania. Długopis, kredka, ołówek czyli narzędzie, którym piszemy powinno być naturalnym przedłużeniem ręki. Dlatego między innymi w zeszłym roku tak intensywnie ćwiczyłam z Różą pisanie paluszkiem w kaszy. Kreda trzymana w wyciągniętej ręce, ruchy wykonywane całą ręką to następnym etap.







Wykorzystałam też tablicę do skonstruowania bardzo prostej pomocy do nauki matematyki. Tablica Róży wyposażona jest w liczydło w postaci 10 krążków nawleczonych na sznurek. Na początku Róża przeliczyła ile jest czerwonych (5), ile żółtych (5) ile jest ich w sumie. Następnie podzieliła: czerwone na lewo, żółte na prawo. Po środku narysowałam prostokąt, który stał się polem działań matematycznych i zabrałyśmy się do liczenia. Polecenia wyglądały mniej więcej tak:
weź trzy czerwone i dwa żółte. Ile jest ich razem. Zabierz jeden czerwony. Ile zostało? Zabierz 2 żółte. Ile zostało? Dodaj 2 czerwone i 2 żółte. Ile jest teraz?.... i tak dalej. Najprostsze działania na konkretach.

sobota, 15 października 2011

"Szkoła życia"

Jak obiecywałam, przepisuję tu baśń znalezioną w książce Włodzimierza Dulemby "Cztery pory baśni. Jesień"

"Pora wracać - pomyślała mysz polna - Coraz puściej, coraz zimniej, coraz jesienniej."
Rozglądała się uwaznie i wędrowała drobnymi susami, klucząc w ściernisku i chowając się za każdy możliwy kopczyk lub w każdej napotkanej dziurce. Tylko taka czujność gwarantowała szczęśliwe dotarcie do bezpiecznego schroniska.
Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie. Atak mógł nastąpićz powietrza, gdyby dostrzegł ją jakiśskrzydlaty drapieżnik - sowa lub jastrząb, z boku lub naprzeciwka, gdyby wyczuł ją lis, a nawet spod ziemi, gdyby przebiegała obok jamy węża czy łąsicy. Ale mysz polna umie sobie radzić z przeciwnościami losu, jak na swoją mysią miarę, doskonale.
- O, ale mnie przestraszyłaś - powiedziała mysz polna do napotkanej za pagórkiem innej myszki - Jak masz na imię?
- Jestem mysz domowa - odpowiedziała napotkana myszka.
- a gdzie mieszkasz?
- Nie wiesz? Gdzie mogę mieszkać, skoro jestem myszą domową?
- Nie złość się, sympatyczna koleżanko. Ja jestem myszą polną i latem mieszkam w polu, ale gdy tylko robi się zimniej, wracam w pobliże ludzkich siedzib.
- To ty powinnaś się nazywać mysz polno-domowa.
- Czy to ważne, jak się kto nazywa? - zadumała się mysz polna - Nazwa to słowo, a słowa nie zawsze mówią prawdę...
- A do której klasy chodzisz? - przerwała mysz domowa, zdumiona mądrościa koleżanki zp ola.
- Do czego co? - wydukała mysz polna.
- No do klasy, do szkoły, kto cię uczy? - popowiadała mysz domowa.
- Nie wiem, o co ci chodzi? Nikt mnie nie uczy...
- No tak, ty jesteś z pola, czyli ze wsi, a my, myszy z domów, czyli myszy z miasta, chodzimy do szkoły, tak jak dzieci ludzi...
Mysz polna patrzyła na mysz domową nieruchomymi oczkami, które zrobiły się jakby wieksze od samego słuchania tej nieprawdopodobnej historii.
- Do czego chodzicie? - odważyła się spytać po dłuższej chwili.
- Nie wiesz, co to jest szkoła? Nikt cię nie uczył? - pytała mysz domowa.
- No mama mi powiedziała, kiedyś jak byłam mała, co mam jeść, kogo mam się bać, a kogo nie, i to wszystko.
- Ja przez cały rok chodziłam do mysiej szkoły. I a koniec dostałam świadectwo z paskiem. Byłam bardzo zdolną uczennicą i wiesz...
-No dobrze, mysiu-samopysiu... Hu-huuuu - odezwał się głos obok.
Myszy zmartwiały. Sparaliżował je strach. Nie były w stanie wykonać żadnego ruchu ani nawet pisnąć, bo języczki też miały sztywne jak patyczki. Obie natomiast, mimo różnicy wykształcenia bezbłednie rozpoznały głos sowy - ptaka, którego głównym pożywieniem są myszy.
- Ale smakołyki - ucieszyła się sowa - Troszeczkę się różnicie, więc nie wiem, od której zacząć? - zastanawiała się głośno - Która smaczniejsza?
Mysz domowa w panice próbowała przypomnieć sobie wszystkie lekcje, jedną po drugiej, ale na próżno. Nie wiedziała, jak się ratować?
- Pani sowo, zaczął się dzień, czyli dla pani noc - pisnęła mysz polna - Niezdrowo opychać się przed snem, bo to się kończy bólem brzucha i sowią ślepotą - ostrzegła.
- Rzeczywiście, powinnam już spać - przestraszyła się sowa i bezszelestnie odfrunęła.
Obie myszki stały nieruchomo i nie mogły uwierzyć w tak szczęśliwe ocalenie. Pierwsza, dopiero po dłuższej chwili, odezwała się mysz domowa.
- Uratowałaś nas. Kto cię tego nauczył? Przecież nie chodzisz do szkoły?
- Żyję, wiec chodzę do najwspanialszej szkoły. Jestem uczennicą szkoły życia - roześmiała się mysz polna - a teraz czmychajmy, żeby sowa nie wróciła.



piątek, 14 października 2011

edukacja w międzyczasie

Ostatnie dni niewiele miały zajęć w formie zajęć.
Róża bardzo dużo podejmowała własnych inicjatyw, do których w ogóle nie byłam jej potrzebna, więc się nie narzucałam. Na przykład któregoś dnia zażyczyła sobie szklankę z wodą i wrzucała do niej na zmianę kasztany i żołędzie sprawdzając które pływają, a które toną.


Coraz częściej "wsiąka" we własne zabawy, które są przecież najlepszą nauką. Klocki Lego, ciastolina, kolorowanki, odrysowywanie szablonów, budowanie konstrukcji z taboretów, zabawy lalkami, gotowanie obiadków, oglądanie książeczek to są aktywności, które pochłaniają większość dnia.
Edukację zaplanowaną przeze mnie przemycam więc w postaci malutkich zadań poutykanych w codzienne, typowe życie. A więc często mówię jej żeby coś policzyła (ziemniaki na talerzu, paski na czapce, lalki na łóżku), przy posiłkach wyjmuję pudełko z kasztanami i układamy kasztanowo-żołędziowe rytmy, proszę ją o segregowanie różnych rzeczy (np. powkładanie umytych sztućców do szuflady).Ot, taki niezauważalny trening umiejętności matematycznych.

Gramy też w gry. Ostatnio głównie w memo, w które regularnie Róża mnie ogrywa (i to bez dawania forów, podpowiadania i ustępowania młodszemu), ale też i w Figuraki (o których już pisałam) i w karty.
Tak jest. Można grać bez przeszkód z trzylatkiem w wojnę i jest to rewelacyjny sposób na trening przeliczania, porównywania liczebności i szacowania, trzeba jednak talię nieco dostosować wyjmując z niej wszystkie figury. Karty od asa (1) do dziesiątek stają się doskonałą pomocą dydaktyczną i zabawką edukacyjną. Gra w wojnę jest prosta: ja wykładam kartę, ona wykłada swoją, Róża najpierw szacuje na której jest więcej "znaczków", potem przelicza i porównuje. Tyle zadań w tak niewinnej, przystępnej formie. Zresztą karty można wykorzystywać jako pomoc przy nauce matematyki chyba aż do samej matury.

Róże ostatnio fascynują także typowe zajęcia kuchenne. Rwie się do pomocy, a ja jej na wiele pozwalam, wychodząc z założenia, że to też jest nauka i to bardzo przydatna. Czasem tylko jest nieco więcej sprzątania. Tak więc w ostatnich dniach Róża między innymi przygotowała kotlety schabowe (ja pokroiłam mięso, ona posoliła, popieprzyła, rozbiła tłuczkiem, wymaczała w jajku i w bułce tartej, a na koniec podawała mi, żebym położyła je na patelni), obrała cukinię ze skóry, powykrajała foremkami ciasto na herbatniki... Umyła mi też okno w kuchni, regularnie zamiata okruszki z podłogi zmiotką i szufelką.Super, co nie? I to absolutnie nie jest wyzysk dziecka w rodzinie i tania siła robocza. To jest szkoła życia!

(na zdjęciu Róża obiera marchewkę do zupy)

piątek, 7 października 2011

ptaszek część 2

Wczoraj wieczorem przed zaśnięciem Róża przyszła do naszego ptaszka i powiedziała mu "Nie martw się ptaszku, jutro cię skończymy. Śpij dobrze". Od samego rana więc wzięłyśmy się do pracy. Przy śniadaniu, w piżamach i szlafrokach ptaszek został ukończony. A oto nasze dzieło:








Dane techniczne do wykonania:
Ciało: dwie styropianowe kulki (jedna mniejsza - na głowę, druga większa na korpus) połączone wykałaczką i obklejone tymi nasionami. Zostawiony fragment główki nie obklejony (na twarz). Użyty klej introligatorski.
Skrzydła: nasiona przyklejone najpierw do wykałaczki (z dwóch stron) a potem nasadzone na korpus
Nogi: wykałaczki wetknięte w kasztany (na plastelinie się nie trzymało)
Oczy: czarne koraliki jablonex na gwoździu jubilerskim
Dzióbek: pasek żółtego papieru z bloku technicznego. Końce zagięte w trójkącik, pasek złożony na pół i przymocowany szpilką do głowy.
Ogon: nasiona wetknięte tam gdzie trzeba

czwartek, 6 października 2011

ptaszek część 1

Kiedy idziemy z Różą na spacer nad stawy, zawsze mijamy takie jedno niewielkie drzewko. Ponieważ jest dość charakterystyczne, od wiosny obserwowałyśmy je jak się zmieniało przez ostanie pół roku. Najpierw pojawiły się na nim listki, potem kwiaty, potem było całe zielone, potem nie wiadomo kiedy całkiem zżółkło. A wczoraj okazało się, że nie ma na nim już żadnego liścia, ale jest bardzo dużo dziwnych nasion. Róża nazbierała ich cały koszyczek - tak jej się podobały.


Przez chwilę rozmawiałyśmy o ich kształcie i nie pamiętam już czy ona, czy ja podrzuciła pomysł, że wyglądają jak piórka i że w zasadzie można by z nich zrobić ptaszka. 
Dzisiaj rano, po śniadaniowej burzy mózgów powstała koncepcja jak takiego ptaszka zrobić i przystąpiłyśmy do dzieła. 
Podstawą stały się dwie styropianowe kulki (które kupiłam w zeszłym roku przed Bożym Narodzeniem, żeby z nich ozdoby na choinkę zrobić, ale ich ostatecznie nie wykorzystałam). 


Dziś nie udało nam się zrobić całego ptaka. Temperament Róży i jej "motorek w pupie" nerwowo nie wytrzymał żmudnego obklejania całych kulek "piórkami" bo i roboty przy tym było sporo. (używałam oczywiście jak zwykle mojego ukochanego kleju introligatorskiego).



Przygotowałyśmy na razie głowę z korpusem i skrzydła, a jutro dołożymy nóżki, ogon, oczy i dziób. Wygląda na to, że wyjdzie ładnie :-)


jesienne liście - ostatnia odsłona

Po raz kolejny zaproponowałam Róży pracę plastyczną z wykorzystaniem zebranych przez nas "skarbów jesieni". Tym razem była to technika odbitek z liści za pomocą kredek świecowych. Obrazki powstały dwa: jeden wisi na wystawie, drugi w Dzienniku Badacza.



Tym sposobem zakończyłyśmy projekt jesień.



muzeum kolejnictwa

We wtorek Róża była ze swoją Babcią w Muzeum Kolejnictwa, a po wycieczce taki oto narysowała obrazek:

niedziela, 2 października 2011

stemplowanie liśćmi

Jakiś czas temu wypożyczyłam z Biblioteki we Włochach książkę "Stemplowanie darami natury".  Pomysły tam opisane chodziły już od dawna za mną. Wczoraj zakupiłam tusz w dwóch kolorach (zielonym i czerwonym)  i dziś  przystąpiłyśmy z Różyczką do dzieła. 


Najpierw obie uczyłyśmy się nowej techniki (ja nigdy wcześniej tego nie robiłam). Dużo przy tym było śmiechu i plam. Jak nam wreszcie zaczęło wychodzić, to Róża wykonała pamiątkowy wpis do Dziennika Badacza, oraz imieninową laurkę dla Babci.





A na koniec w przypływie twórczej ekspresji Róża występlowała swoimi rączkami całą stronę w Dzienniku Badacza.

Stemplowanie liśćmi ( i innymi darami przyrody) polecam wszystkim. Jest fantastyczna, łatwa i bardzo efektowna. A jak już było po wszystkim, posprzątane, podomywane to Róża przyszła i powiedziała "Fajne były zajęcia Mamo, dziękuję". Taka nagroda ze strony dziecka jest czymś niesamowitym i utwierdza człowieka, że to co robi - ma sens.