sobota, 15 października 2011

"Szkoła życia"

Jak obiecywałam, przepisuję tu baśń znalezioną w książce Włodzimierza Dulemby "Cztery pory baśni. Jesień"

"Pora wracać - pomyślała mysz polna - Coraz puściej, coraz zimniej, coraz jesienniej."
Rozglądała się uwaznie i wędrowała drobnymi susami, klucząc w ściernisku i chowając się za każdy możliwy kopczyk lub w każdej napotkanej dziurce. Tylko taka czujność gwarantowała szczęśliwe dotarcie do bezpiecznego schroniska.
Niebezpieczeństwo czaiło się wszędzie. Atak mógł nastąpićz powietrza, gdyby dostrzegł ją jakiśskrzydlaty drapieżnik - sowa lub jastrząb, z boku lub naprzeciwka, gdyby wyczuł ją lis, a nawet spod ziemi, gdyby przebiegała obok jamy węża czy łąsicy. Ale mysz polna umie sobie radzić z przeciwnościami losu, jak na swoją mysią miarę, doskonale.
- O, ale mnie przestraszyłaś - powiedziała mysz polna do napotkanej za pagórkiem innej myszki - Jak masz na imię?
- Jestem mysz domowa - odpowiedziała napotkana myszka.
- a gdzie mieszkasz?
- Nie wiesz? Gdzie mogę mieszkać, skoro jestem myszą domową?
- Nie złość się, sympatyczna koleżanko. Ja jestem myszą polną i latem mieszkam w polu, ale gdy tylko robi się zimniej, wracam w pobliże ludzkich siedzib.
- To ty powinnaś się nazywać mysz polno-domowa.
- Czy to ważne, jak się kto nazywa? - zadumała się mysz polna - Nazwa to słowo, a słowa nie zawsze mówią prawdę...
- A do której klasy chodzisz? - przerwała mysz domowa, zdumiona mądrościa koleżanki zp ola.
- Do czego co? - wydukała mysz polna.
- No do klasy, do szkoły, kto cię uczy? - popowiadała mysz domowa.
- Nie wiem, o co ci chodzi? Nikt mnie nie uczy...
- No tak, ty jesteś z pola, czyli ze wsi, a my, myszy z domów, czyli myszy z miasta, chodzimy do szkoły, tak jak dzieci ludzi...
Mysz polna patrzyła na mysz domową nieruchomymi oczkami, które zrobiły się jakby wieksze od samego słuchania tej nieprawdopodobnej historii.
- Do czego chodzicie? - odważyła się spytać po dłuższej chwili.
- Nie wiesz, co to jest szkoła? Nikt cię nie uczył? - pytała mysz domowa.
- No mama mi powiedziała, kiedyś jak byłam mała, co mam jeść, kogo mam się bać, a kogo nie, i to wszystko.
- Ja przez cały rok chodziłam do mysiej szkoły. I a koniec dostałam świadectwo z paskiem. Byłam bardzo zdolną uczennicą i wiesz...
-No dobrze, mysiu-samopysiu... Hu-huuuu - odezwał się głos obok.
Myszy zmartwiały. Sparaliżował je strach. Nie były w stanie wykonać żadnego ruchu ani nawet pisnąć, bo języczki też miały sztywne jak patyczki. Obie natomiast, mimo różnicy wykształcenia bezbłednie rozpoznały głos sowy - ptaka, którego głównym pożywieniem są myszy.
- Ale smakołyki - ucieszyła się sowa - Troszeczkę się różnicie, więc nie wiem, od której zacząć? - zastanawiała się głośno - Która smaczniejsza?
Mysz domowa w panice próbowała przypomnieć sobie wszystkie lekcje, jedną po drugiej, ale na próżno. Nie wiedziała, jak się ratować?
- Pani sowo, zaczął się dzień, czyli dla pani noc - pisnęła mysz polna - Niezdrowo opychać się przed snem, bo to się kończy bólem brzucha i sowią ślepotą - ostrzegła.
- Rzeczywiście, powinnam już spać - przestraszyła się sowa i bezszelestnie odfrunęła.
Obie myszki stały nieruchomo i nie mogły uwierzyć w tak szczęśliwe ocalenie. Pierwsza, dopiero po dłuższej chwili, odezwała się mysz domowa.
- Uratowałaś nas. Kto cię tego nauczył? Przecież nie chodzisz do szkoły?
- Żyję, wiec chodzę do najwspanialszej szkoły. Jestem uczennicą szkoły życia - roześmiała się mysz polna - a teraz czmychajmy, żeby sowa nie wróciła.



2 komentarze:

  1. Najbardziej podoba mi się ostatnie zdanie: - Żyję, wiec chodzę do najwspanialszej szkoły. Jestem uczennicą szkoły życia -

    OdpowiedzUsuń
  2. Dulemba ma jeszcze więcej takich baśni, które niezbyt dobrze oceniają szkołę, a promują uczenie się przez doświadczanie :-)A jeśli chodzi o szkołę życia to polecam blog mojej szwagierki, wspólniczki, przyjaciółki: http://edudomowa.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń