niedziela, 13 listopada 2011

Latające Przedszkole - reaktywacja/reanimacja

Żeby opisać wczorajsze zajęcia niezbędny jest krótki wstęp historyczny dla niewtajemniczonych. 

Otóż, cały zeszły rok, w każdą sobotę (pomijając święta i kolejne fale chorób sezonowych) organizowałyśmy wraz z Niną właściwe Latające Przedszkole czyli zajęcia dla wszystkich naszych "rodzinnych dzieci". W najbliższej naszej rodzinie jest w sumie 8 dzieci w wieku edukacji początkowej, a więc całkiem sensowna grupa. Nasze zajęcia zawsze rozpoczynała rytmika prowadzona przez moją siostrę-profesjonalną rytmiczkę, a potem, w zależności od naszej weny i fantazji następowały zajęcia plastyczne, matematyczne, medialne lub językowe. Plany związane z Latającym Przedszkolem miałyśmy ogromne, wycieczki, przedstawienia, eksperymenty. Nazwą miało nawiązywać do Latającego Uniwersytetu i miało "latać" po różnych lokalach :-) Wszyscy posiadacze kont na Facebooku mogą zapoznać się z działalnością Latającego Przedszkola TUTAJ.

W tym roku jakoś ciężko było nam się zebrać, zorganizować. I ja, i Nina zaabsorbowane swoją "małą edukacją domową", moja siostra - świeżo upieczona studentka - zawalona robotą i tak minął wrzesień, październik, zaczął się listopad i dłużej już się czekać nie dało. 
A więc, 12.11.2011 Duże Latające Przedszkole ruszyło znowu do boju. 

Rytmikę poprowadziłyśmy same (a dokładnie Nina) z braku naszej dyżurnej rytmiczki i braku pianina. Dzieci uczyły się piosenki "Na cztery i na sześć", potem do piosenki puszczanej z płyty wszyscy tańczyli w kole dopasowując kroki do tempa piosenki (wolna zwrotka, szybki refren). Zabawa ruchowa polegała na swobodnym tańcu, a kiedy muzyka była zatrzymywana to "podłoga parzyła" i szybko należało wejść na kanapę/krzesło/stolik tak, aby jej nie dotykać. W drugiej wersji, zatrzymanie muzyki zamieniało dzieci w kamień (należało zatrzymać się, zrobić "pozę" i wytrzymać w niej chwilę). 


Zajęcia plastyczne nawiązywały do szerokiego projektu Jesień i wykonywane były techniką mieszaną. Na początku trzeba było na kartce ułożyć drzewo (z pnia i gałęzi) i przykleić je, a następnie ozdobić je jesiennymi  liśćmi stemplowanymi z tych prawdziwych (farby plakatówki + ususzone liście).

Starsze dzieci pracowały przy dużym stole, a maluchy miały osobny, mały stoliczek ale dzielnie sobie radziły, w niczym nie ustępując starszakom.






A oto dzieła maluchów:


... i starszaków:

5 komentarzy:

  1. Niesamowicie wyszły im te prace, fakt. Ale też od razu widać kto ma uzdolnionego plastycznie rodzica, czyż nie? Z moich córek najlepiej poradziła sobie najmłodsza... grunt, że była fajna zabawa. Kasiu jesteś niezastąpiona! Dzięki za niezłomne tworzenie dokumentacji i opisywanie!
    A! I zupełnie niezwykłe zjawisko - wszystkie ubrania czyste!! Jak dzieciaki to zrobiły?

    OdpowiedzUsuń
  2. ubrania może i tak. Ale Róża miała pół twarzy i część włosów w brązowej farbie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Wspaniałe zabawy. Podziel się proszę informacją skąd bierzesz materiały do zabaw? Próbuję uczyć w domu swoją 3,5-latkę ale ciągle brakuje mi konkretnych materiałów, zwłaszcza zebranych w jakiś blok tematyczny (żeby dziecku nie robić mętliku w głowie)

    OdpowiedzUsuń
  4. ale macie fajnie - taka duża grupa maluchów i chętne "domowe przedszkolanki" do organizowania zajęć ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. @aeljot:
    Jeśli chodzi o pomysły to w większości pochodzą z głowy czyli z niczego. Najczęściej w nocnych burzach mózgów na gg z Niną, wspólnych rozmowach i konsultacjach (napiszę niedługo o tym osobny post). Trochę z tego co wyniosłyśmy z naszych studiów (Edukacja Początkowa, trochę z internetu, z książek z pomysłami. Ale zwykle gotowe pomysły są modyfikowane, dostosowywane do naszych dzieci.
    Jeśli zaś chodzi o materiały, czyli pomoce do zajęć to kupujemy to co jest niezbędne, a przede wszystkim to osiągamy po mały mistrzostwo w zastępowaniu drogich pomocy łatwymi, tanimi, ręcznie robionymi. I jakoś to idzie :-)

    OdpowiedzUsuń