niedziela, 4 marca 2012

Wesołe Laboratorium

Wesołe Laboratorium to inicjatywa mojej dobrej znajomej - Moniki Napiórkowskiej - świeżo upieczonej chemiczki. Ku mojej radości stworzyła ona program pokazów-warsztatów dla dzieci ukazujących chemię jako dziedzinę przyjemną, ciekawą i pełną niespodzianek. Nasze Duże Latające Przedszkole miało zaszczyt gościć ją w zeszłą sobotę na zajęciach.

Trzeba przyznać, że całość zajęć była doskonale przez Monikę przygotowana i dopracowana w najmniejszych nawet szczegółach zarówno od strony merytorycznej jak i technicznej. Monika przyjechała wyposażona we wszystkie niezbędne produkty, naczynia i inne narzędzia. Zadbała nawet o takie szczegóły jak torebki, do których odkładała wszystko co mogłoby ubrudzić stół/dzieci. Dodatkowo atrakcyjności dodawał jej prawdziwy fartuch i okulary chemika, a wszystkie doświadczenia wykonywała używając prawdziwych naczyń laboratoryjnych. Dzieci były wniebowzięte!.



Szereg doświadczeń i eksperymentów przeprowadzanych przez nią, możliwość czynnego uczestnictwa dzieci (wszystko musiało zostać obmacane, powąchane, dokładnie obejrzane ze wszystkich stron) sprawiły, że nawet najmniejsze dzieci (3-latki) były zainteresowane od początku do końca. U nas zajęcia trwały ok. półtorej godziny i zostały w tym czasie , choć trzeba brać poprawkę na fakt, że nasze dzieci przyzwyczajone są do długiej pracy w takim właśnie warsztatowym trybie. 


Jak wyglądały zajęcia:

Na początku było rozdzielanie barw...


a następnie mieszanie i uzyskiwanie nowych kolorów.



...rozdzielanie białego światła na tęczę...


... i łączenie światła przy pomocy specjalnie ku temu skonstruowanych latareczek...


...Monika pokazała dlaczego w południe niebo jest niebieskie a wieczorem pomarańczowe... (a każde dziecko mogło samo wpuścić kilka kropli mleka za pomocą pipety)







...był także spektakularny prawie magiczny eksperyment podczas którego (przy dodawaniu kolejnych składników) brązowa jodyna najpierw zrobiła się przezroczysta a następnie granatowa. (nie mam zdjęcia, ale mam filmik, który wstawię w tym miejscu jak go ogarnę)
Podobne było także dodawanie różnych składników do soku z kapusty i obserwowanie jak w wyniku tego niebieski płyn zmieniał barwę.


...wybuch pienistego wulkanu wywołał salwy śmiechu i oczywiście natychmiast wszystkie dzieci wsadziły ręce w gęstą pianę...




..."chemiczne jojo" czyli bąbelek pływający w górę i w dół...


... a na zakończenie "samopompujący się balonik"...


Moniko! Latające Przedszkole bardzo Ci dziękuje za wspaniałą lekcję!

Wszystkim gorąco polecam Wesołe Laboratorium. Naprawdę warto! My już umówiłyśmy się na kolejne spotkanie.

Zapraszam na oficjalną stronę internetową Wesołego laboratorium - tam znajdziecie wszelkie niezbędne informacje.

niedziela, 5 lutego 2012

Zimowy kolaż

Dzisiejsze zajęcia będą bez opisu, bo jaki jest koń - każdy widzi.
Zimowy kolaż - techniki łączone typu (dawaj wszystko co ci wpadnie w ręce).
Przewidziana jest jedna zmiana: jak dorwę się do kolorowej drukarki to czarno-białe zdjęcie podmienimy na kolorowe.









niedziela, 29 stycznia 2012

Czasem trzeba iść z motyką na słońce

Lew Wygotski w rozwoju dziecka wyłonił dwie strefy: aktualnego rozwoju i najbliższego rozwoju. Strefa aktualnego rozwoju to jest wszystko to co dziecko już wie, zadania które potrafi rozwiązać bez problemu czyli wszystko co dziecko umie DZIŚ. Strefa najbliższego rozwoju to wszystko to czego DZIŚ dziecko jeszcze nie potrafi, ale JUTRO - już tak. To jest wszystko to, co jest w zasięgu jego ręki - umiejętności potencjalne. Mądry nauczyciel nie powinien obracać się w strefie aktualnego rozwoju. Zadania które nie stanowią dla dziecka wyzwania nie rozwijają go. A dzieci są ambitne. Przerażająco ambitne. Dlatego też nauczyciel musi obserwować dziecko aby wiedzieć co znajduje się w której strefie jegorozwoju, a co zupełnie poza nimi i swoje działania kierować ku strefie najbliższego rozwoju. Dziecko lubi pokonywać przeszkody.

Mam takie małe hobby - notoryczne sprawdzam co już Róża umie, co potencjalnie umie, a co wykracza poza jej możliwości (na razie!). Czasami daję jej zadania zbyt trudne żeby zobaczyć jak sobie będzie radzić, jak bedzie reagować w sytuacji postawienia problemu "na wyrost". Czasem Róża zupełnie nie jest zainteresowana, czasem podejmuje próbę ale rezygnuje (wspólne układanie puzzli na 1000 elementów przerosło ją zdecydowanie), a czasami sprawia że szczęka mi opada.

Kilka dni temu męczyła mnie okropnie żebym dała jej grę Superfarmer (znów ukochana GRANNA). Postanowiłam zrobić test i zaproponować jej grę zgodną ze wszystkimi regułami, a nie wersję uproszczoną w jaką zazwyczaj z nią grywałam. I okazało się, że pomimo iż gra jest od 7 roku życia, Róża świetnie się w niej orientuje. A ileż umiejętności przy tym trenuje! Przede wszystkim liczy. Liczy kartoniki osobno, liczy parami, wylicza ile zwierzątek ma dobrać po rzucie kostką. Wymienia "tańsze" zwierzątka na "cenniejsze". Sama wykonuje wszystkie operacje matematyczne. A ja z nią gram i oczom nie wierzę. Wydawało mi się, że Superfarmer dla Róży będzie bardzo na wyrost. A tu proszę, czasem warto iść z motyką na słońce.

piątek, 27 stycznia 2012

Jest taka jedna Zosia... samosia

Róża ostatnimi czasy rozwija dwie ważne cechy/umiejętności: wyobraźnię i samodzielność. Odkryte przez nią w grudniu zabawy fabularne nadal trwają i wchodzą na coraz wyższe poziomy twórczości. Odwzorowuje w nich wszystko: filmy, książki, sceny z życia, wątki wymyślane... Świat własnej wyobraźni tak ją wciąga, że czasem często ją oderwać od zabawy (Maria Montessori określała ten stan mianem polaryzacji uwagi), a mnie całkowicie pochłania obserwowanie tych zabaw, słuchanie monologów i przepełnia podziw dla nieograniczonych możliwości dziecka. Czasem zazdroszczę jej tej wolności myślenia, baraku barier, ograniczeń... dlatego najważniejsze założenie jakie przyjęłam to: nie blokować swobodnego myślenia, nie tłumić twórczości i ekspresji.

Samodzielność... tak... Sama się ubram (ubiorę), sama się wykąpię, sama poskładam ubranko (mamo naucz mnie składać spodnie!), sama założę buty, czapkę, sama zapnę kurtkę, sama wybiorę sukienkę, sama naleję pić, sama posmaruję kanapkę, sama zgaszę/zapalę światło, sama włączę/wyłączę komputer, sama zaniosę tacie kolację, sama umyję rączki/zęby/buzię/pupę, sama umyję to okno, sama otworzę drzwi kluczem (mamo, ten czerwony?), sama podgrzeję parówki w mikrofali, sama podłączę myszkę, sama obiorę marchewkę, sama umyję jabłko, sama pójdę do piwnicy po jabłuszko, sama włączę pralkę... Sama, sama, ja sobie poradzę mamusiu, nic nic, ja tu sobie kombinuję...


Róża po całym domu chodzi ze swoim małym krzesełkiem dzięki któremu to co niedostępne staje się dostępne (włącznik światła, kurtka na wieszaku), kiedy potrzeba to buduje przerażająco karkołomne konstrukcje żeby czegoś dosięgnąć (patrz zdjęcie na dole). Czasem (jak ma fantazję) przebiera się pięć razy dziennie... Przyznaję, czasem wprawia to w lekką irytację, ale rzadko. Częściej chwalę, gratuluję, nie mogę wyjść z podziwu i bezlitośnie wymyślam coraz to nowe zadania:

Ja: dzisiaj zrobisz sama kanapkę
uśmiech niedowierzania wpełzający na buzię Róży: naprawdę!? mogę!?; 


Ja: Róża, pójdziesz do piwnicy po ładne jabłuszko? 
Róża: no pewnie! a jak będę się bała? 
Ja: dam ci latarkę. 
Róża: hurra! 
... chwilę później...
Róża: mamo, poradziłam sobie, widzisz jaka jestem dzielna!?

Pomóż mi zrobić to samemu - Maria Montessori znów się nie myliła, moje dziecko mówi mi to codziennie, choć innymi słowami.


Mamo, sama zgaszę tę lampkę. Poradzę sobie!

w poszukiwaniu figur geometrycznych

Po braku wpisów na blogu mogłoby się wydawać, że edukacja domowa Różyczki nieco przystanęła. Nic bardziej błędnego. To tylko wynik braku czasu na opisanie tego co się u nas dzieje. A dzieje się sporo.

Jakiś czas temu (ale kiedy dokładnie - zabijcie mnie, nie pamiętam) w każdym razie już po nowym roku zrobiłam z Różą większy dział dotyczący figur geometrycznych. Wszystkie podstawowe figury (koło, kwadrat, trójkąt) Różka bezbłędnie rozpoznaje i to już od dawna, trochę myli jej się prostokąt z kwadratem. Nie ma co się temu dziwić. Postanowiłam więc podejść do zagadnienia figur nieco bardziej analitycznie. Wygrzebałam pomoce edukacyjne, które narobiłam kiedyś na praktyki - wydrukowane duże koła, kwadraty, trójkąty każdy formatu A4 i zaczęłyśmy analizować ich kształty, podobieństwa, różnice. Liczyłyśmy boki, kąty. Nie obyło się bez podchwytliwych pytań typu: ile rogów ma koło? (odpowiedź Róży oczywiście bezbłędna).

Róży jednak najbardziej z zajęć podobał się "Spacer po mieszkaniu". Mianowicie poszłyśmy na mały spacerek szukając w mieszkaniu różnych figur geometrycznych. Na początku sprawiało to duże problemy Róży (w końcu to przełożenie abstraktu na konkret) ale szybko się nauczyła jak patrzeć aby zauważyć figury. I tak oto znalazłyśmy kwadraty na podłodze w kuchni, prostokąty na ścianach, koło w żyrandolu i szklance itd...

Zajęcia zakończyłyśmy partyjką "Figuraków" GRANNY, o których już wcześniej pisałam.

piątek, 6 stycznia 2012

W domu jak w szkole - artykuł

Znalazłam bardzo zgrabny artykuł mówiący o edukacji domowej. Warto przeczytać.

Ponieważ wartościowe rzeczy lubią znikać z Internetu, dlatego zamieszczam poniżej cały tekst. Artykuł autorstwa Bożeny Wałach można odnaleźć na portalu deon.pl pod adresem:
http://www.deon.pl/inteligentne-zycie/obiektyw/art,29,w-domu-jak-w-szkole,strona,1.html

***

W domu jak w szkole


Bill Gates, Thomas Edison, Theodore Roosevelt - te nazwiska padają jako przykłady. Dlaczego? Bo oni też nigdy nie chodzili do szkoły - uczyli się w domu. Byli homeschoolerami - tak bowiem dziś nazywani są zwolennicy edukacji domowej. W Stanach Zjednoczonych ta metoda ma miliony zwolenników. W Polsce także rośnie liczba rodziców, którzy dla swoich dzieci wybierają naukę w domu.

Amerykański prozaik i poeta John Updike powiedział kiedyś nie szczędząc ironii: "Ojcowie Założyciele zdecydowali w swej mądrości, że dzieci są nienaturalnym obciążeniem dla swoich rodziców. Zorganizowali więc więzienia nazywane szkołami, w których stosuje się tortury, nazywane edukacją".

Ci, którzy zabierają dzieci ze szkoły, nie mają tak drastycznej oceny tradycyjnego systemu edukacji. Nie mają także złudzeń. Nauczycielom brak czasu na indywidualne podejście do dzieci. A te ostatnie są przecież różne.

Rodziców o mdłości przyprawiają gigantyczne rozmiary podstaw programowych i podręczników, które narzucają dzieciom, co mają myśleć. Woleliby, żeby ich dzieci uczone były tak, by same zainteresowały się, zrozumiały i pokochały temat, a nie po prostu by zaliczyły kolejny egzamin.

W Stanach Zjednoczonych już ponad trzy i pół miliona rodzin zdecydowało się na system edukacji domowej. W Polsce ta liczba jest zdecydowanie skromniejsza. Szacuje się, że około stu dwudziestu rodziców zabrało dzieci ze szkoły i podjęło się zadania ich edukacji. Powody są różne. W USA decyzja często motywowana jest względami ideologicznymi. Rodzice chcą wychowywać dzieci zgodnie z wyznawanym systemem wartości, a szkoła im tego nie zapewnia.

Wśród polskich rodzin zdecydowanie częściej powodem stają się trudności, na jakie napotyka dziecko, a brak indywidulanego podejścia w szkole zmusza rodziców do szukania alternatywnego rozwiązania. Równie często rodzicami kieruje chęć stworzenia dziecku warunków, w których będzie miało szansę lepiej się rozwijać, zwłaszcza wtedy, gdy dziecko okazuje się zdolniejsze od rówieśników, a w 30-osobowej klasie nie ma miejsca i czasu na indywidualne traktowanie.

Posyłać do szkoły czy uczyć w domu? 

Dla 6-letniego Mateusza start szkolny okazał się trudny. - Nie zaklimatyzował się w zerówce, do szkoły chodził niechętnie - opowiada mama, Joanna Dzieciątko. - Jest wcześniakiem i nie odnalazł się wśród dzieci, ktore okazały się emocjonalnie bardziej dojrzałe. Widzieliśmy, że jest mu naprawdę trudno, więc zaczęliśmy razem z mężem szukać jakiegoś rozwiązania. Ktoś podsunął nam pomysł edukacji domowej.

Państwo Dzieciątko poznali ludzi, którzy sami uczyli swoje dzieci i postanowili spróbować. Dziś oboje są zwolennikami tej metody. Założyli stowarzyszenie, by móc mieć realny wpływ na kształt ustawy regulującej edukację domową. Z innymi rodzinami dzielą się doświadczeniami. Wzajemnie się wspierają. 

W Polsce możliwość prowadzenia edukacji domowej istnieje od 1991 roku. Rodzic, który decyduje się zabrać dziecko ze szkoły, by samemu je uczyć, musi uzyskać na to zgodę dyrektora szkoły. Potem taki uczeń musi dwa razy w roku zdawać w szkole, do której jest zapisany, egzaminy z prawie wszystkich przedmiotów (poza wychowaniem fizycznym, muzyką, plastyką i pracami technicznymi). Na tej podstawie dostaje świadectwo.

Czy jednak edukacja dziecka w domu nie jest rodzajem klosza? Syn lub córka nie radzi sobie w szkole, oszczędzamy mu więc trudności i zabieramy do domu. Czy w ten sposób nie wyrządzamy mu większej krzywdy? Czy w przyszłości każda trudna sytuacja nie będzie go przerastać? 


- A więc mit o społecznym nieprzystosowaniu - pani Joanna wzdycha. - To, jak moje dziecko poradzi sobie w przyszłości, zależy od tego, jak mocne będzie jego poczucie wartości i kręgosłup moralny. Rodzina jest najlepszym miejscem, by to wypracować. To bezpieczne środowisko, które nie naraża dziecka na odrzucenie i wyśmianie. Nie sądzę, by fałszywa szkolna rywalizacja pomogła mu odnaleźć się w świecie.

Uczenie w domu nie oznacza, że jest łatwiej, że rodzice rezygnują z mierzenia się z trudnymi zadaniami. - Dziecko uczące się w domu tak samo jak inne dzieci stawia czoło trudnym sytuacjom i zadaniom. My ich w żaden sposób nie eliminujemy, poprzeczka ustawiona jest wysoko. Dziecko zdobywa wiedzę, ale też sprawności w relacjach, choćby z rodzeństwem, a to przecież czasem trudniejsze niż z kolegami w szkole - podkreśla mama Mateusza.

Na spotkania stowarzyszenia przyjeżdżają rodziny z całej Polski. - Nie zauważyłam eskalacji nieumiejętności i dziwactw, gdy dzieci bawią się razem - śmieje się. - Wręcz przeciwnie. Opiekunowie, których wynajęliśmy do opieki nad dziećmi w czasie, gdy rodzice uczestniczyli w spotkaniach, byli zaskoczeni ich samodzielnością, pomysłowością i niewielką ilością konfliktów, które między nimi wybuchały. To chyba o czymś jednak świadczy?

Z mitem o braku socjalizacji równie łatwo rozprawia się Marek Budajczak, pedagog i wykładowca akademicki. - Funkcjonuje takie wyobrażenie, że dzieci edukowane w domu są odizolowane od rówieśników, zamknięte w czterech ścianach, wręcz przykute do ściany - śmieje się. - Nic bardziej mylnego. Rodzice, ucząc samodzielnie swoje dzieci, mają szansę robić to w sposób bardziej twórczy niż niejedna szkoła. Korzystają z oferty muzeów, bibliotek, spotykają ciekawych ludzi, dzięki czemu ich dzieci są bardziej aktywne, niż te, które ze szkolnej ławki przesiadają się na kanapę przed telewizorem. Nie można też zapominać, że przecież dzieci bywają różne. W szkole nietrudno dostrzec nieśmiałe czy wyobcowane dzieci. To często sprawa charakteru i szkoła niewiele zmienia w tej kwestii - dodaje Budajczyk.

Dobre efekty edukacji domowej potwierdzają amerykańskie badania: w standaryzowanych testach homeschoolerzy w 30 proc. wypadają lepiej. Są też znacznie chętniej przyjmowani na uczelnie wyższe, bo są zazwyczaj lepiej przygotowani, bardziej samodzielni i bardziej aktywni społecznie.


Tyle w nas kreatywności!

- To zaskakujące, ile genialnych pomysłów tkwi w głowach rodziców, jak skutecznie wypracowują swoje własne sposoby na przekazywanie wiedzy. A spektrum jest naprawdę ogromne - mówi Joanna Dzieciątko. - Często nauka w domu ma wymiar bardziej praktyczny. Np. do nauki tabliczki mnożenia nasz starszy syn napisał dla młodszego specjalny program komputerowy. Często zdarza się, że jakieś zagadnienie przerabiamy oglądając dobry film albo robiąc wycieczkę do biblioteki. Pamiętam, jak któryś rodzice przećwiczyli z dziećmi pierwszą pomoc, łącznie ze sztucznym oddychaniem i dzwonieniem po pomoc. Inni rodzice rzeźbią, fotografuję, hodują rośliny, robią eksperymenty. 

Wspólnie przygotowywany posiłek jest dobrą okazją do nauki fizyki, a spacer po lesie doskonałym bodźcem do nauki biologii. To wszystko świetnie dopełnia tradycyjne metody nauczania - podkreślają domowi nauczyciele. 


- Zajęcia w domu pozwalają na ogromną elastyczność i nieograniczoną kreatywność. Lekcje nie muszą trwać mechanicznie od dzwonka do dzwonka. Nie musimy marnować czasu na zagadnienie, z którym dziecko radzi sobie błyskawicznie. Za to zyskany czas możemy poświęcić na materiał, który jest trudniejszy. Efekt edukacji domowej może być równie dobry, jak w dobrej szkole. A zdarza sie nierzadko, że jest lepszy - dodaje Marek Budajczak.


W polskim labiryncie urzędniczym

Marek Budajczak dziś jest już ojcem dwójki dorosłych młodych ludzi. Gdy w 1995 roku razem z żoną rozpoczeli domową edukację dzieci, wraz z pewną rodziną na Śląsku byli jedynymi rodzicami w Polsce, którzy podjęli się tego zadania. 

- Pionierzy... a może i męczennicy - żartuje Budajczak.

Byli traktowani jak odmieńcy i szaleńcy, którzy chcą skrzywdzić swoje dzieci. Przysporzyło im to wiele problemów i bolesnych doświadczeń. A oni po prostu chcieli spróbować, jak to jest. Nie kierowały nimi żadne negatywne doświadczenia czy motywacje.

- Edukacja domowa od samego początku była w Polsce kłopotliwa - tłumaczy Budajczak. - Reglamentowana jest przez urzędników, od których decyzji nie ma odwołania. Oni dyktują warunki, rodzice muszą się podporządkwoać. Szereg kwestii jest nieuregulowanych, co pozwala na nadużycia. A szkoła decyzję o zabraniu dziecka traktuje jak policzek, więc, gdy przychodzą egzaminy, robi wszystko, by rodziców zniechęcić.

Rodzice są rozdarci, nierzadko się wycofują. Zdarzają się dyrektorzy, którzy pomagają, wspierają rodziców, ale niestety większość darzy ich niechęcią i wolałaby pozbyć się "problemu".

Budajczak podaje przykład szkoły, w której egzaminowano dziewczynkę z V klasy. W przeciągu kilku zaledwie dni była zmuszona do odpowiadania na 460 pytań pisemnych i 120 pytań ustnych (podczas gdy dla egzaminów eksternistycznych ustalona jest zdecydowanie skromniejsza liczba pytań - 20-30 z każdego kolejnego przedmiotu). Zdaniem Budajczaka, to jawna dyskryminacja, bo żadne polskie dziecko nie zdaje takich egzaminów, a przecież prawo powinno obowiązywać wszystkich.

Takie działania są motywowane nieufnością, są formą kary. Pytanie tylko, za co? Za to, że ktoś chce wziąć na siebie odpowiedzialność za wykształcenie własnych dzieci.

Budajczak: - Dzieci mają prawo do edukacji, a rodzice z kolei mają obowiązek im dostęp do edukacji zapewnić. Ale to nie oznacza, że muszą posyłać dziecko do szkoły.

- Ja nie twierdzę, że edukacja domowa jest lepsza od szkolnej. Chciałbym tylko, żeby w demokratycznym państwie każdy obywatel miał prawo wybrać, w jaki sposób chce kształcić swoje dzieci - tłumaczy. - A jeśli dzieci muszą być poddawane egzaminom, niech ministerstwo stworzy klarowne przepisy, jak te egzaminy mają wyglądać.

Budajczakowie są jedyną polską rodziną, która przeszłą całą drogę edukacji domowej. - Zaczynając, nie mieliśmy planów, by całą edukację dzieci kontynuować w domu. Niestety w miarę rozwijania się sporu z urzędnikami, zostaliśmy do tego zmuszeni - relacjonuje.

Droga nie była łatwa. - Nasze dzieci nie podchodziły do egzaminów sprawdzających, po tym, gdy władze ustaliły, naszym zdaniem, krzywdzące i niesprawiedliwe warunki, w związku z czym w świetle polskiego prawa, nasze dzieci nie mają nawet wykształcenia podstawowego. Zdały natomiast egzaminy amerykańskie (SAT) umożliwiające podjęcie studiów na uczelniach wyższych. Niestety nie w Polsce - o nostryfikację wyników tych egzaminów w kraju starają się dziś Budajczakowie.

Po latach długich sporów sądowych, została im przyznana racja, a szereg decyzji urzędników oświatowych zostało uznanych za wykroczenia. - Gorzka to jednak satysfakcja po tylu latach bojów i szykan. Ale niczego nie żałujemy - mówią dziś.

Joanna Dzieciątko przyznaje, że również im, choć zaczynali trzy lata temu, nie było łatwo. - Dyrektor, która podejmowała decyzję, była niechętna naszemu pomysłowi. Musieliśmy trochę powalczyć - opowiada. 

Ale odkąd wprowadzono zmiany do ustawy o oświacie znoszące rejonizację, rodzice mają możliwość zapisania dziecka do szkoły, w której dyrektor wspiera rodziców wybierających edukację domową, a nie zniechęca.  - Proszę mi wierzyć, to naprawdę ułatwia życie - mówi Dzieciątko.


Edukacja domowa to bieg długodystansowy, ale efekty bywają zachwycające 

W USA, gdzie metoda zyskała już znacznie więcej zwolenników, rodzice nie muszą toczyć tak zażartych bojów z urzędnikami. W zależności od regulacji obowiązujących w poszczególnych stanach, muszą spełniać konkretne wymagania (np. w niektórych stanach nie można podjąć się edukacji własnego dziecka, jeśli nie posiada się dyplomu studiów wyższych). Niezależnie jednak od tego, rodzice mogą liczyć na duże wsparcie, choćby w postaci programów nauczania przystosowanych do pracy z dziećmi w domu (o tym polscy rodzice mogą jak na razie jedynie marzyć). 

- Rodzice dostają zestaw "zrób to sam" - śmieje się John Hofland, profesor uniwersytetu, którego córki przez kilka lat uczyły się w domu. - To opracowany perfekcyjnie zestaw, łącznie z ołówkiem i gumką. Rodzice nie są osamotnieni. 

John i jego żona Joyce uczyli córki w domu podczas swojego pobytu na Ukrainie. - John pracował wtedy jako nauczyciel teatru, dziewczynki wyjechały z nami i pomyśleliśmy, że homeschooling to świetna metoda, która pozwoli Christi i Stephanie nie przerywać edukacji - opowiada Joyce. 

Mieli obawy, że dzieci nabiorą złych nawyków, albo że oni nie zdołają im właściwie zorganizować nauki. Doświadczenie okazało się jednak na tyle ciekawe i owocne, że po powrocie do Stanów jeszcze przez jakiś czas kontynuowali edukację domową. Nie mają jednak złudzeń, że nie jest to metoda dla każdego.

- Mieliśmy trochę kłopotów, np. z chemią, której nie potrafiłam skutecznie wyjaśnić Stephanie - wspomina Joyce. - Szukaliśmy wtedy pomocy u studenta. To było jednak stresujące - poczucie, że pomimo dobrych chęci w którymś momencie nie dajesz rady.

- Nasze córki mają zupełnie inne charaktery i różnie znosiły rozstanie ze szkołą - mówi John. - Christi jest bardziej otwarta, więc nie miała problemów z nawiązywaniem nowych przyjaźni, nie stanowiło to dla niej problemu, podczas gdy Stephanie tęskniła za przyjaciółmi ze szkoły. 

Nie mają jednak wątpliwości, że to dobra metoda. John jest wykładowcą akademickim i, jak twierdzi, na uczelniach amerykańskich homeschoolerzy wyróżniają się samodzielnością i kreatywnością, a to coś, co niezwykle cenią pracownicy uniwersytetów. Obserwował też postępy własnych córek. - Po powrocie do szkoły, okazało się, że na tle innych uczniów są świetne - dodaje.

Relacje to największa wartość

Każda rodzina jest inna, więc i homeschooling posiada dziesiątki "odmian". Choć to właściwie zwrot ku "starym" metodom, jak kształcenie dzieci z pomocą guwernera. Nie jest to metoda tania. Decyzja o podjęciu się zadania edukacji domowej wiąże się z rezygnacją jednego z rodziców z pracy zawodowej, a to nierzadko oznacza, że rodzinę czekają wyrzeczenia. - To nie jest łatwe zadanie, ale dla ludzi, którzy uczą swoje dzieci w domu najważniejsze jest, że odnajdują w tym radość - podkreśla Budajczak.

- Edukacja domowa to bieg długodystansowy, efekty widoczne są po miesiącach albo po latach. My uczymy dopiero od 3 lat, ale znamy rodziny, które uczą dłużej i efekty są naprawdę zachwycające - dodaje Joanna Dzieciątko. - To nie oznacza oczywiście, że nie ogarniają nas wątpliwości - przyznaje. - Bywają chwile, gdy czuję się wypalona, zastanawiam się, czy sprostam temu zadaniu. Uczenie dziecka w domu oznacza, że jest się mamą i nauczycielem w jednym i trzeba dobrze zorganizwoać swój domowy świat, by znaleźć chwilę dla samego siebie, dla odbudowania sił. 

A rodzicom, którzy stoją przed taką decyzją pani Joanna radzi, by była to decyzja obojga rodziców: - Wsparcie współmałżonka jest absolutnie niezbędne, zwłaszcza w chwilach gdy ogarnia nas zmęczenie i zniechęcenie. Edukacja domowa to cudowne, ale też niełatwe zajęcie. Jeśli któryś z rodziców ma wątpliwości, to może warto raz jeszcze przemyśleć sprawę.

Państwo Dzieciątko przyznają, że nie wiedzą jeszcze, czy będą kontynuować edukację Mateusza w domu: - Na razie jest to dla niego dobre rozwiązanie, ale nie wykluczamy, że w którymś momencie zdecydujemy się na powrót do szkoły. Czas pokaże.

W czym tkwi największa wartość homeschoolingu? Jak mówią rodzice, dziecko nie tylko otrzymuje solidną dawkę wiedzy. Przede wszystkim buduje silne i trwałe relacje z rodzicami. Doświadczenie rodzin praktykujących edukację domową pokazuje, że dzieci zupełnie inaczej przechodzą przez fazę nastoletniego buntu - jest albo bardzo słaby, albo go nie ma w ogóle. Dzieci mają po prostu świetne relacje z rodzicami.

- Bo nasza wspólna praca w domu, to przede wszystkim dzielenie się pasjami - wyjaśnia Dzieciątko. - Rodzina wykorzystuje potencjał każdego z rodziców. Dzielimy się tym, co kochamy i co nas interesuje. Bez pośpiechu i niepotrzebnego napięcia możemy zatrzymać się nad tym, co dziecko najbardziej zaintrygowało. Mamy czas, by odpowiadać na pytania dzieci, które rodzą się na gorąco, a to naprawdę owocuje.


Strony stowarzyszeń wspierających edukację domową, na których można znaleźć dodatkowe informacje, to: www.edukacjadomowa.pl i www.edukacja.domowa.pl


***